Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Salt Lake City, Wyspa Antylop

10-08-2009

Obowiązek nas wzywa. Wstajemy dość wcześnie. Dzisiaj Salt Lake City. Najpierw jednak ok. 50 mil drogi dojazdowej. Jemy śniadanie i dalej w drogę. Przed samym wjazdem do miasta znajdujemy centrum handlowe, gdzie robimy małe zakupy. Okazuje się, że przed południem takie miejsca nawet w Stanach są bardzo przyjemne bo całkowicie puste. W wielu sklepach jesteśmy jedynymi kupującymi, co bardzo się nam podoba, bo nie ma kolejek i cała uwaga pań sprzedawczyń skupiona jest na nas i naszych zakupach. Jednak czas nagli. Wjeżdżamy do Salt Lake i mimo tego, że żaden z naszych przewodników nie obiecywał zbyt wiele po tym mieście jesteśmy bardzo mile zaskoczeni. Miasto sterylnie czyste, wszędzie mnóstwo rabatów z kwiatami, przystrzyżone trawniczki, małe domki. Parkujmy auto przed Kapitolem, gmach parlamentu stanu Utah na wzór Kapitolu w Waszyngtonie. W informacji turystycznej dostajemy kilka wskazówek co warto a czego nie zwiedzać i wybieramy się na spacer. Ulice szerokie i bardzo dobrze oznakowane. Żałujemy, że nie wolno nam wejść do świątyni mormonów. Salt Lake to ich światowa stolica. Zresztą na ulicach wszędzie sporo osób przebywających tu na pielgrzymce, albo na religijnych spotkaniach. Ścisłe centrum to wysoki gmach kościoła, tuż obok biblioteka, kilka urzędów. My maszerujemy wzdłuż linii tramwajowej. Piękne biało-czerwone składy. Docieramy do centrum handlowego. Zbliża się pora obiadowa i jesteśmy już głodni. Znajdujemy kącik z jedzeniem. Potem oczywiście czas na kawę. Korzystam z tego, że po kilku dniach jesteśmy w mieście i nadrabiam zaległości. Niestety jedzenie w Stanach jest dla mnie bolączką, jak można delektować się wakacjami bez smacznych posiłków. To co jada się tu na co dzień, u nas nie znalazłoby uznania nigdy, przenigdy. Do tego jak to się jada… nawet na stołówkach u nas jest przyjemniej. Ale cóż, co kraj to obyczaj. Zaglądamy jeszcze do gigantycznego sklepu sportowego i czas na powrotny spacer do autka. Ruszamy w stronę parku Yellowstone. Po drodze jednak kuszeni przez chęć zobaczenia z bliska słonego jeziora zjeżdżamy na Wyspę Antylop. Długim wąskim pasem docieramy na wyspę. Niezbyt wiele tu odwiedzających. Jesteśmy na jednej z plaż. Żeby dotrzeć do wody czeka nas spory kawał spaceru. Warto. Woda w jeziorze bardzo ciepła i bardzo, bardzo słona. Szkoda, że taka płytka. Mimo tego, iż wchodzimy całkiem spory kawałek do wody nadal jest bardzo płytko. Na kąpiel nie ma co liczyć. Za to na wygłupy okazja w sam raz. Wjeżdżamy na punkt widokowy w poszukiwaniu bizonów. Ślady ich bytności są widoczne, jednak żadnego zwierzaka akurat teraz nie widać. Opuszczamy wyspę i dalej już tylko droga. Plan jest ambitny by dotrzeć do samego parku Yellowstone. A to kawał drogi. Nie możemy znaleźć żadnej porządnej restauracji więc zostaje nam niestety M’c Donalds. A potem tylko kilometry do przejechania. Trasa bardzo urokliwa, bo góry, rzeki, strumyki. Szkoda, że robi się ciemno i niewiele widać. Około północy lądujemy przed bramą wjazdową do parku. Pytamy w kilku miejscach o wolne pokoje. Wszystko zajęte. Znurzeni jazdą i zmęczeni odległością, decydujemy się na nocleg w samochodzie. Parkujemy przed centrum informacji zajmując tym samym dobrą pozycje na starcie i śpimy jak niemowlaki.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: