Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

USA 1-22.08.2009

Zwiedzanie San Francisco

16-08-2009

Dzisiaj od rana zaplanowaliśmy zwiedzanie miasta. Najpierw poranny jogging. Oczywiście biega tylko Maciej, potem wspólnie po małym śniadanku ruszamy na przystanek znanego cable car – tramwaju, którym zamierzamy dotrzeć aż do ścisłego centrum miasta. Kolejka długaśna, poza tym wielu tak jak my wybrzydza przez co wydłuża czekanie i chcąc zająć strategiczne miejsca obwieszeni niczym winogrona czeka na miejsca poza właściwym tramwajem na podeście. Wreszcie nadchodzi nasza kolej. Tramwaj jest niesamowity, dzwoni, pobrzękuje i zgrabnie pnie się po stromych uliczkach San Francisco. Docieramy do miejsc, gdzie dopiero co byliśmy. Najbardziej stroma uliczka na świecie. Osiem bardzo ostrych zakrętów i mnóstwo ludzi. Część tak jak my tylko spaceruje robiąc zdjęcia, inni próbują zjazdu samochodem. Teraz z tramwaju mamy jeszcze raz okazję by zerknąć na cały ten harmider z góry. Jedziemy dalej mijając ruchliwe skrzyżowania Wzgórza Rosyjskiego, potem Chinatown, wreszcie jesteśmy w centrum. Dobijamy do stacji końcowej. Wysiadka i spacer. Jesteśmy już trochę głodni, śniadanie było bardzo skromne i na pewno nie starczy na zbyt długo. Najpierw jednak spacer do dzielnicy Castro. To najbardziej znana dzielnica w San Francisco, w której na dobre rozgościli się homoseksualiści. Już z daleka widać powiewające na wietrze flagi w kolorze tęczy – symbol ruchu homoseksualistów. San Francisco to największe ich skupisko na świecie. Dzielnica bardzo schludna i czysta, każda para jednej płci budzi zapewne nie zawsze słusznie jednakowe skojarzenia. Stąd wymęczeni już spacerami po mieście, wsiadamy do zabytkowego tramwaju i podjeżdżamy do samego centrum. Stąd postanawiamy zafundować sobie kolejny długi spacer. Najpierw kawa oczywiście. Potem bardzo kolorowa dzielnica chińska z mnóstwem sklepów, barów i restauracji z jedzeniem chińskim. Tym sposobem docieramy w okolice naszego motelu do portu. Teraz już jesteśmy bardzo głodni, szczególnie, że wszystko dookoła tak zachęcająco pachnie… Wybieramy sklep –piekarnię, która z pieczenia chleba zrobiła swoisty biznes. Muzeum a do tego cała masa wspaniałych wypieków w tym wszędobylski i bardzo popularny tutaj chowder z owocami morza w bochenku chleba. Pychota! I w kuchni amerykańskiej zdarzają się miłe niespodzianki. Zajadamy się chrupiąc skórkę od chleba i ruszamy na sjestę. Nie za długa, bo za chwilę zachód słońca, a przed nami koniecznie Golden Gate Bridge. Niestety zgodnie z wszystkimi wzmiankami pogoda szczególnie nad zatoką bywa bardzo kapryśna. I tym razem most w dużej części jest przesłonięty mgłą, co dodatkowo dodaje mu uroku i na pewno tajemniczości. My docieramy do mostu akurat na chwilę rozrzedzenia się mgły i podniesienia gęstych chmur. Tak akurat na zdjęcia. San Francisco proponuje swoim zwiedzającym słynną trasę 47 mil, oznakowaną tabliczkami z mewą prowadzącą po najbardziej znanych zakątkach w mieście. I my udajemy się wyznaczonym szlakiem. Ale albo nie jesteśmy zbyt uważni, albo mewa nie jest zbyt widoczna bo kilkukrotnie gubimy trasę. Po kilkunastu milach poddajemy się i wracamy do centrum z nadzieją na kolację. Niby nie jest jeszcze zbyt późno, ale większość restauracji zakończyła na dzisiaj swoją pracę. Wreszcie przy porcie udaje się znaleźć jeszcze otwartą jadłodajnię i na zakończenie dnia serwują nam łososia i owoce morza.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: