Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

RPA 11-27.10.2009

Park, lwów, Gold Reef City

13-10-2009

Nie chce się nam wierzyć, że lwy mogą być aż tak ciekawskie. Wreszcie czas się z nimi pożegnać. Ale to nie koniec atrakcji w parku. Zaglądamy jeszcze do specjalnej zagrody, gdzie są żyrafy. Tu kupujemy suchą karmę i z wysokiej platformy karmimy je z ręki. Udaje się nam sprawdzić, że mają bardzo szorstki język. Ola W. i Rafał podkarmiają też strusia, który z zachłanności prawie przeciska się przez ogrodzenie. Na koniec wizyta w mini przedszkolu kociaków. Tu można głaskać i bawić się z małymi kotami: dzisiaj są tu małe białe lewki i trochę większe lwy. Po sesji zdjęciowej z żalem opuszczamy to miejsce. Program jednak napięty i musimy jechać dalej. Soweto to bardzo murzyńska część miasta. Najpierw kręcimy się trochę po wąskich uliczkach by dotrzeć do najważniejszych tutaj miejsc: memoriału Hektora Petersona i Domu Nelsona Mandeli. Składamy w obu miejscach krótką wizytę i czas na Gold Reef City. Dzisiaj mamy ogromną różnorodność w naszych planach. Gold Reef to wesołe miasteczko. Jednak nie do końca, bo zbudowane w historycznie ważnym miejscu. Tu niegdyś działała bardzo prężna kopalnia złota. Najpierw jednak super szybka przerwa na lunch. Teraz pani przewodnik zabiera nas pod ziemię do kopalni. Tu spacer w ciemnościach i przyjemnym chłodzie. Na koniec udaje się nam jeszcze wyprosić dodatkowy pokaz wytapiania złota. Jesteśmy zadowoleni – udało się nam zobaczyć wszystko. Ponieważ marzy się nam panorama Johannesburga wybieramy się na przejażdżkę diabelskim kołem. Panowie opornie zamykają nas w gondolach i uruchamiają cały sprzęt. Najpierw w dół, potem w górę, i w tył. I jeszcze raz, i jeszcze. Powoli ale dostojnie i z widokiem. Niedaleko koła jest inna kolejka, ta już duża szybsza. Ja zachwalam, na szczęście w tym czasie nikt nie zjeżdża czyli tak naprawdę nie wiadomo co się będzie działo. Mamy czwórkę Odważnych. Marysia, Wacek, Józef i Włodek zasiadają w pierwszym rzędzie wagonika. Nieświadomi tego co ich czeka wjeżdżają windą na szczyt podestu by za chwilę w przeciągu kilku sekund spaść pionowo w dół. Rewelacja! Sami bohaterowie mieli ciut odmienne zdanie – ale czego dokonali tego się nie odmieni.

Na koniec pobytu w wesołym miasteczku zwiedzamy jeszcze kilka przykładów budynków sprzed stu lat. Na koniec dnia postanawiamy jeszcze odwiedzić enklawę z wszelkimi atrakcjami stworzoną dla Białych: Monte Casino. Mimo zapowiedzi naszego lokalnego przewodnika odnośnie gigantycznych korków i wielkich opóźnień podejmujemy męską decyzję, że jednak jedziemy. Trzymamy kciuki, żeby korków nie było i długo ich nie ma, a potem na kilka minut i my musimy zwolnić i poczekać. Wreszcie jesteśmy na miejscu. Budynek już z zewnątrz zapowiada się imponująco ale i zaskakująco. Trochę architektury włoskiej przeniesionej do RPA. Wewnątrz bardzo podobnie, niczym małe włoskie miasteczko. Wąskie uliczki, balkony z praniem, bociany i gołębie na dachach. Zaglądamy także do kasyna i tu mamy pierwsze spotkanie z bliska z miejscowa policja. Mimo zakazów robimy zdjęcia i nagrywamy film. Po krótkiej reprymendzie musimy pokazać zdjęcia i usunąć je a potem także wykasować nagrany fragment filmu. Porządek musi być. Warto było zobaczyć to cudo w Afryce.
Zgłodnieliśmy i ruszamy do restauracji słynącej z serwowania mięsiw przyrządzanych na specjalnych szpadach na grillu. Najpierw jednak zupa i pieczony tutaj lokalny chleb. Potem mięsiwa. Najpierw kiełbaski, potem drób, wreszcie czas na egzotyczne dania. Smakujemy kudu. Potem mamy ogon krokodyla, jest gnu. Tylko Włodek zawzięcie odmawia kolejnych mięsiw czekając na wołowinę. I rzeczywiście, kiedy Pan przynosi nam kawałek świetnie zrobionej wołowiny, przyznajemy Włodkowi rację. Warto było czekać. Dobrze, że mamy bystrego kelnera, który z daleka widząc nasze poruszenie wie, że chcielibyśmy prosić o dokładkę wołowiny. I tak objedzeni przy dobrym winie kończymy wreszcie nasz dzisiejszy dzień. Był długi ale ciekawy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: