Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Indie Południowe 20.11-11.12.2010

Zwiedzanie Bengalore, droga do Hassan

21-11-2010

Obfite śniadanie z pierwszymi hinduskimi przysmakami. Ruszamy dość późno, bo musieliśmy odespać zarwaną noc. Krótkie omówienie dzisiejszego dnia. Miało być prosto do Hassan. Ja jednak w wielu przewodnikach tak długo szukałam, aż znalazłam wzmianki o dwóch ciekawych miejscach w Bengalore. Pierwsze z nich to Świątynia Byka. Nasi Koledzy z Indii wydają się być trochę zakłopotani moją prośbą i choć od kilkunastu lat pracują w turystyce nigdy tam nie byli. Ale chodzi o pierwsze wrażenie więc zgodnie przystają na moją prośbę. Po drodze kilkukrotnie pytamy o drogę i docieramy do samej świątyni. A tu wielki posąg byka i mniejsze ołtarzyki oraz bóstwa lokalne. Ciekawe miejsce, które dopiero zaczyna zapełniać się wiernymi. Mamy niedzielę. Stąd chcemy udać się na wielki targ w centrum miasta. Oczywiście napotkany przewodnik zapytany o targ odradza nam wyjazd w tamte strony. Tłoczno, niebezpiecznie, niehigienicznie, itd. Obstajemy przy swoim. Zostawiamy samochód, wymieniamy go na tuk-tuka. We trójkę pakujemy się na tylnią ławkę i dzielnie przedzieramy się przez coraz bardziej ruchliwe ulice miasta. Nasz George z wielkimi oczami i niedowierzaniem kiwa głową przyzwalając nam na spacer po targu. Mało tego, wybiera się razem z nami. Jak się później okaże tu też jeszcze nigdy nie był, podobno żadna grupa nie była dość zainteresowana. A my przeciwnie odkrywamy pewne sekcje z owocami, potem z warzywami a na sam koniec ku naszemu zachwytowi w piwnicach wielkiego gmachu hali targowej znajdujemy naręcza kwiatów, nie do wazonów lecz kwiatów składanych tu w ofierze na licznych ołtarzach lub kwiatów kupowanych w celach dekoracyjnych. Tymi łańcuchami przystrajane są sale weselne, wielkie wozy z platformami religijnymi. Ku naszemu zdziwieniu zdecydowanie więcej tu mężczyzn niż kobiet. Siedzą skrzyżnie i nanizają pojedyncze ciupeńkie płatki i małe kwiatki na grube nici tworząc długaśne łańcuchy z kwiatów. Z zainteresowaniem przyglądamy się także rozładunkowi ananasów. Bardzo wprawnie dziesiątki skąpo ubranych mężczyzn oczywiście na bosaka podchodzi do samochodu zrzucając z głowy pusty kosz, który w kilka minut zapełnia się świeżymi i pachnącymi owocami. Z wielkim wysiłkiem wkładany jest z powrotem na głowę i trafia do swego miejsca przeznaczenia. Przyznajemy, że nie było to najczystsze i najbardziej pachnące miejsce w tak dużym mieście, ale na pewno wprowadzające bardzo trafnie w klimat całych Indii. Poza tym tu po raz pierwszy zaledwie w kilka godzin po wylądowaniu spotykamy się z wielka życzliwością ludzi, chęcią pozowania do zdjęć, szczerym uśmiechem. Czas na nas. Tuk tuk z ulicy i wracamy pod Świątynię. Nasz kierowca uszczęśliwiony, że nie musiał wracać do centrum zabiera nas w dalszą drogę. Tym razem nie mamy nawet cienia wątpliwości, że żadne z nas nie podołałoby jeździe samochodem samodzielnie. Wyjazd z miasta zakorkowany, na drodze absolutny chaos, nikt nie zważa na pasy, znaki i ogólne zasady ruchu. Każdy robi co chce. Przed nami ok. 220 kilometrów. Jak łatwo policzyć maksymalnie 5 godzin drogi… ale nie tu. Lada chwila przyjdzie się nam przekonać, że objazdy, przebudowy, wielkie dziury w nawierzchni to niespodzianki na każdym metrze naszej trasy. A jesteśmy na głównej trasie łączącej wielkie miasto aż strach pomyśleć co nas czek na mniejszych drogach. Zanim dotrzemy na miejsce kusimy Georga na jeszcze jedną świątynię. Stara i słynna, ma ponad 1000 lat, by do niej dotrzeć bagatela trzeba wspiąć się po ponad 600 granitowych stopniach. Nam przychodzi to tylko z lekką zadyszką, George będący tu po raz pierwszy nie poddaje się i dzielnie wspina się na sam szczyt, piękne widoki i imponujący pomnik. Warto było. A teraz już tylko przejazd do hotelu.

Najgorszy odcinek drogi przed nami. Jest ciemno. Na drodze bez żadnych świateł riksze, tuk-tuki, piesi, krowy i mnóstwo psów. Zamykam oczy by tego nie widzieć. I te mijanki na stale włączonych długich światłach, jazda na odległość lusterek. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Okolica wyludnia się, pusto, ciemno, żadnej żywej duszy a my stale w drodze. Wreszcie docieramy na miejsce. Wysiadamy z samochodu, oczywiście Maciej ma stale otwierane i zamykane drzwi, ja muszę radzić sobie sama, i nie wierzymy własnym oczom. Bardzo luksusowy, wspaniały hotel z wielkim basenem, wspaniałą recepcją i meblami z drzewa różanego. Pokoje to pojedyncze małe domki każdy z prywatnym basenem, żyć nie umierać. Przed nami wystawna kolacja z typowymi indyjskimi daniami. Potem leniuchowanie.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: