Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 6-25.02.2011

Wizyta w szkole, dojazd do Mekele

12-02-2011

Dzisiaj przed nami kolejny długi przejazd czyli Drogi Etiopskiej część II, ale mimo wszystko korzystamy z okazji zobaczenia ceremonii kościelnych w mieście i zarządzamy bardzo wczesną pobudkę dla chętnych. Tylko czwórka z nas wybiera sen ponad ceremonie kościelne i zostaje w hotelu w cieplutkich łóżeczkach, reszta z latarkami rusza do miasta. Dogania nas nasz opiekun i w komplecie maszerujemy na jedno z rond miejskich, gdzie pod wielką koroną starego drzewa zaczynają gromadzić się pierwsi wierni. Wszyscy ubrani w swoje tradycyjne białe szaty wyglądają jak duchy. Coraz więcej osób wyłania się z każdego zakątku, z najwęższych ulic wyłaniają się poszczególne osoby. Póki co nic nie zapowiada zbliżających się obchodów religijnych. Alem jednak zapewnia, że lada moment się zacznie. Pozwala nam wejść na dziedziniec przed tutejszym kościołem. Z wnętrza dobiegają śpiewy i widać ale tylko z daleka postaci przemierzające w kościele z Arką Przymierza na głowie. Wybraliśmy dobry moment bo cała procesja wyłania się nagle z kościoła i wychodzi na ulicę. Nadal jest ciemno, dopiero 6 nad ranem. Cała procesja przesuwa się ze specjalnymi świecami w rękach. Wygląda to niesamowicie. Wtapiamy się w tłum i docieramy do naszego drzewa, skąd z platformy widać doskonale całe zgromadzenie. Przygotowania do modłów trwają. Ludzie zarówno mężczyźni jak i kobiety choć osobno ustawiają się w wielkim prostokącie, coraz więcej zapalonych świec. Ich twarze pogrążone w gorliwej modlitwie, białe szaty i blask świec – tworzą niezapomniany widok. Zaczynają się śpiewy i modły, ksiądz intonuje melodie a wtórują mu najpierw mężczyźni a potem kobiety. Kilku mężczyzn wnosi na środek placu chorego wprost z łóżkiem. Osoba nie jest w stanie uczestniczyć w modłach o własnych siłach. Nie możemy się napatrzeć. Procesja rusza w drogę. My towarzyszymy jej jeszcze przez chwilę i idziemy przed kościół Matki Boskiej z Syjonu by wyjść jej naprzeciw. Musimy chwilę zaczekać, ranek wcale nie zapowiada upalnego dnia – jest dość rześko. Z dala słychać już śpiewy, zbliżają się w naszą stronę. Nagle wylania się pierwszy rząd małych światełek w oddali. Zaraz za nimi kolorowy parasol – baldachim i mnóstwo wiernych. Nadal w porządku najpierw mężczyźni, potem kobiety. Przypatrujemy się im do końca, odprowadzamy wzrokiem aż do ronda i wracamy do hotelu. Grzejemy się jeszcze przez chwilę w łóżeczkach, potem śniadanie i droga. Pierwszym przystankiem jest świątynia w Yeha.
Tak naprawdę na miejscu zastajemy jedynie skromne ruiny, ale pobliski klasztor i muzeum są ciekawe. W czasie kiedy zwiedzamy nasz Alem i kierowca Bana odnajdują nauczyciela lokalnej szkoły i mimo tego, że dzisiaj dzień wolny od szkoły i nie ma zajęć udaje się zwołać dzieciaki i innych nauczycieli wraz z dyrektorem. Jeszcze przed wylotem przygotowaliśmy wiele rzeczy: zeszyty, przybory szkolne, kredki, zabawki, ubrania, baloniki, leki, długopisy, pluszaki, gwizdki, samochodziki dla najmłodszych. Chcemy by pomoc trafiła w dobre ręce i stąd decyzja o odwiedzeniu jednej ze szkół wybranej zupełnie spontanicznie . Decyzja że idziemy pieszo. Najpierw kawałek przez wioskę, już oczywiście wieść o białych rozeszła się wśród miejscowych dzieciaków. Teraz za rękę prowadzą Andrzeja, Agę, Monia chwilowo ma nawet dwójkę Maluchów. Kończy się wioska a szkoły nadal nie widać. Jednak dzieci kiwają głowami zapewniając, że idziemy w dobrym kierunku i pokazują hen daleko błyszczący dach. Przed nami spacer po ściernisku, otwartym polu i rzeczywiście docieramy do szkoły.
A tu podejmuje nas osobiście sam pan dyrektor. Przemiły, dumnie pokazuje pokój nauczycielski, gdzie na ścianach wiszą plany lekcji i dzienniczki ucznia. Przedstawia nam pozostałych trzech nauczycieli. Oglądamy także składzik z materiałami edukacyjnymi. Stos zakurzonych książek, jedna kapciowata piłka do nogi, kilka zabawek, połamane kredki. Uśmiechamy się przez łzy. Czas na odwiedziny w jednej z czterech klas. Najpierw jednak wypakowujemy nasze torby z prezentami. Nauczyciele wydają się być wzruszeni a dzieciaki, które zaglądają nam przez ramię już głośno krzyczą i rozpowiadają o nowych nabytkach. W klasie wiele tablic z literkami, cyferkami, anatomia człowieka, proste przybory szkolne. Nie ma tu żadnych ławek ani stolików, za to tablica. Maluchy siedzą wprost na ziemi, mają tylko maleńkie podkładki z drewna. Specjalnie dla nas wykonują piosenkę a potem kilka scenek rodzajowych. Brawo!
Najnowszym nabytkiem szkoły, jeszcze nieotwartym jest toaleta, pan dyrektor nalega byśmy zobaczyli ten budynek. Idziemy. Dzieciaki z nami. Na koniec pamiątkowe zdjęcia. Specjalnie dla nas nauczyciela ustawiają maluchy w czterech rzędach i wzywają do apelu. Za chwilę zaczynają wciągać na maszt flagę Etiopii a wdzięczny chór dzieciaków śpiewa dumnie z ręką na ramieniu swoich kompanów hymn Etiopii. I wszystko dla nas. Jeszcze zdjęcia, uśmiechy i idziemy do autobusu.
Zanim jednak pożegnamy się ze szkołą na dobre pada spontaniczna decyzja o zbiórce dla szkoły. W kilka minut mamy 770 birrów, co zostaje odnotowane w lokalnej księdze i za te pieniążki zakupione zostaną mundurki dla uczniów.
Kolejny punkt programu to klasztor Debre Damos. Tu wchodzić mogą tylko mężczyźni ale i my wspinamy się pod sam klasztor. Tym bardziej, że wejść do niego można pokonując tylko 15 metrową skalną ścianę podciągając się na linie. Po drodze mijamy kilkanaście osób, które rozczarowane ale i zaniepokojone wracają z klasztoru. Padają pojedyncze słowa: nie wejdziecie, śmierć, zabójstwo, mnich, skarb… Niczym dobry kryminał. Nie zawierzamy jednak pogłoskom i sami chcemy przekonać się co się dzieje wewnątrz, tym bardziej, że do klasztoru jeszcze kawałek. Pod stromą ścianą rzeczywiście lina wciągnięta na górę bez szans na wejście, upewniamy się jednak pytając ludzi co się stało. Historia z serii nie do uwierzenia, akurat poprzedniej nocy kilku przebranych za pielgrzymów mężczyzn z pobliskiej wioski zamordowało opata oraz skarbnika i uciekło z milionem birrów. Dopiero co odbyły się uroczystości pogrzebowe a policja prowadzi dochodzenie i ściga przestępców. Jeden z nich został załapany jeszcze na terenie klasztoru. Drugiemu udało się uciec. Jeszcze przez chwilę żywimy nadzieje, że uda się nam wejść, ale te zostają rozwiane przez mnicha, który z daleka pokrzykuje, że dzisiaj na pewno klasztor nie zostanie otwarty dla zwiedzających. Co za szkoda.
Przed nami kolejne kilometry. Ma ich być 280, a dopiero 100 za nami. Nocujemy w Mekele. Na lunch i to późny zatrzymujemy się w lokalnej restauracji. Jesteśmy bardzo blisko granicy z Erytreą. Aby wejść do środka trzeba przejść prawie dosłownie przez toaletę, potem jeszcze wielkie haki z ociekającym krwią mięsem a dopiero potem dla tych, których nie przeraziły zapachy sala restauracyjna. Jedzenie jednak okazuje się całkiem smaczne. Dalej w drogę.
Docieramy do Mekele naprawdę późno. Hotel z zewnątrz wygląda bardzo obiecująco. Jest nawet fontanna, środek już skromniejszy, a pokoje iście afrykańskie. Ale jest ciepła woda. Kolacja w sali tylko dla vipów, siedzimy w pluszowych fotelach, jak się okaże z Monią siedziały w tych samych fotelach także pchełki. Ale jedzenie jest smaczne, a nas nie opuszczają humory. Kolacja integracyjna. Jakoś łatwiej przyjąć do wiadomości w takich warunkach wczesną pobudkę.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: