Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 22.09.-12.10.2011

Plemię Nyangatom, plemię Karo

05-10-2011

Pobudka na łonie natury. O wschodzie słońca, słysząc świergot niezliczonej ilości ptaków, otworzyliśmy oczy. Poranna kąpiel i pyszne śniadanie zaserwowane przez naszego kucharza. Talerz naleśników opustoszał w mgnieniu oka. Wybieraliśmy wśród najróżniejszych dżemów, masła czekoladowego, orzechowego, syropu kasztanowego, popijając świeżą herbatę bądź kawę z termosu. Przed nami dziś nadprogramowa wizyta w wiosce plemienia Nyangatom. By się tam dostać musieliśmy jednak przepłynąć łódkami na drugi brzeg rzeki Omo. Przeprawa trwała 5 minut, jednak dawka adrenaliny podniosła się niektórym do poziomu ponad normę, gdyż rwący prąd rzeki i kiepska stabilność naszych środków transportu robiły swoje. Gdy znaleźliśmy się szczęśliwie po drugiej stronie rzeki, przywitał nas tłum pierwszych członkiń plemienia z dziećmi, krzyczących foto, foto, 2 bir. Nauczeni wcześniejszym doświadczeniem robiliśmy tylko sporadyczne zdjęcia osobom szczególnie wybranym. Okazało się, że najlepszy patent miała Sławka, gdyż zamiast płacić Biry, dawała tubylcom naszyjniki, bransoletki, kolczyki, które jak się okazało były bardzo cennym towarem, wartym nawet kilka zdjęć. Co lepsza, również mężczyźni podbierali swym małżonkom naszyjniki, twierdząc, że wyglądają z nich bardziej gustownie. Wioska jedzących słonie, bo z tego niegdyś znane było to plemię, położona była wzdłuż brzegu rzeki, dzięki czemu mieszkańcy mieli stały dostęp do wody pitnej jak i na pranie czy kąpiel. Dziś był również dzień prac na polu uprawnym, tak więc mogliśmy się przyjrzeć dobytkowi plemienia. Po raz pierwszy obserwowaliśmy również proces tworzenia mąki z sorgo. Ciężka to praca, gdyż przy użyciu kamienia ściera się ziarna na pył, co jest niesamowicie czasochłonne. Na koniec wizyty w wiosce nadszedł czas na grupowe zdjęcia. Zebraliśmy wspólną zapłatę i po kolei zrobiliśmy sesję z mieszkańcami. Gdy wracaliśmy w kierunku łodzi, towarzyszył nam ogonek dzieci, każdy z nas trzymał za ręce dwa małe szkraby uśmiechnięte od ucha do ucha, że dostały naszyjniki bądź cukierki. Na brzegu ostatnie pożegnanie i zmierzaliśmy z powrotem na przeciwny brzeg rzeki. Tym razem wszyscy na jednej łódce, staraliśmy się nie oddychać zbyt głęboko, by przypadkiem nie przechylić zbytnio łódki, sterowanej tylko długim kijem. Udało się! Wróciliśmy cali i nieprzemoknięci!

Nadszedł czas na planową wizytę w jednej z wiosek plemienia Karo. Położona na skarpie graniczącej z rzeką Omo, roztaczał się z niej piękny widok na okoliczne krajobrazy. Tu kolejny raz w ruch ruszyły aparaty, zwiedzaliśmy domy rodzinne, oglądaliśmy spichlerze, podziwialiśmy piękne skaryfikacje na ciele czy malunki z białej glinki na twarzach kobiet i całych ciałach mężczyzn. Wystarczyło tylko wybrać swego faworyta, zapłacić i można było robić sesję zdjęciową. Dłuższa, niż półgodzinna wizyta u każdego plemienia przyprawia o zawrót głowy. Kobiety i dzieci nawołują i zachęcają do zdjęć, mężczyźni zaczepiają, my więc również zaraz po zwiedzeniu wioski i zrobieniu sesji zdjęciowej udaliśmy się do samochodów. Droga powrotna zajęła nam trochę czasu. Na campingu znaleźliśmy się dopiero ok. 18:30. Był to jednak najlepszy czas, by się wykąpać i przygotować do kolacji. Tak więc zrobiliśmy. 3-daniowa wieczerza znów nas zaskoczyła. Same pyszności: zupa z soczewicy, baranina w sosie pieczeniowym, ziemniaki ze świeżą kapustą, sałatka z tuńczyka, a na deser mix owocowy...wszystko było wyśmienite! Dziś każdy spróbował również napoju Bogów na lepsze trawienie, wznosząc toast za Etiopię! Nasi przewodnicy lubili nas rozpieszczać, więc kolejną niespodzianką było przygotowane dla nas ognisko, o które wcześniej prosiliśmy. Usiedliśmy w kółeczku i w miarę budowania atmosfery zaczęliśmy śpiewać różne przyśpiewki polskie. Oczywiście zazwyczaj kończyło się na jednej zwrotce i refrenie, ale spodobało się to opiekunom campingu - mężczyznom z plemienia Hamer - którzy również zaczęli śpiewać swoje pieśni. Rozegrała się więc bitwa na głosy. Alem stwierdził później, że z niedużą przewagą głosów wygrali Hamerowie. Zasłużyli! Nie dość bowiem, że śpiewali, to jeszcze tańczyli i zapraszali po kolei nas do tańca. Zrobiła się więc naprawdę miła atmosfera. Zabawę zakończyliśmy dopiero, gdy nadszedł czas wyłączenia głównego generatora. Dzień był pełen wrażeń.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: