Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Peru i Boliwia 13.04-4.05.2012

Przejazd z La Paz do Oruro

21-04-2012

Jest ciemno i bardzo wcześnie, budzi nas dźwięk dzwonka. Musimy szybko wstać. Przed nami zadanie logistyczne by podzielić rzeczy, na te które jadą z nami, te które zostają w La Paz i te które chcemy oddać do prania. Jesteśmy punktualnie na śniadaniu. Przed hotel podjeżdżają jeepy, poznajemy naszych kierowców oraz panią kucharkę. Dzielimy się na trzy grupy i pakujemy do samochodów. Przez najbliższe sześć dni zastępujemy autobus jeepami.

Wyjazd z La Paz mimo soboty zajmuje nam trochę czasu, potem okazuje się, że jedyna asfaltowa trasa do Oruro też nie jest taka pusta jak cztery lata temu. Ale nasi kierowcy znajdują zawsze sobie dość miejsca i jedziemy do przodu. Pierwszy postój. Kawka, mapa, toaleta, zakupy. Na razie humory super.
Droga mija dość szybko, jedziemy i jedziemy ale jak na to że przed nami 800 kilometrów to nie zapowiada szybkiego końca. W Oruro na stacji benzynowej dotankowujemy nasze jeepy i baniaki z paliwem, które jadą na dachu. Kiedy już mamy ruszać po głównej drodze w naszą stronę sunie bardzo kolorowa procesja roztańczonych i rozśpiewanych mieszkańców. Oto i jest idealna okazja do zdjęć i nagrania filmów. Idziemy na ulicę, kolorowy korowód sunie do swojego osiedla, które dzisiaj obchodzi rocznicę. Wszyscy poprzebierani w kolorowe tradycyjne stroje, my ustawiamy się do zdjęć a oni chętnie wciągają nas do zabawy. Czuć w powietrzu fiestę w stylu latynoskim i sporo alkoholu.
Rozśpiewani i my ruszamy dalej. W małym miasteczku słynącym ze swojego własnego browaru robimy postój na obiad. Nasza załoga sprawnie przerabia tył jednego z aut w jadalnię, Mamy bułeczki z warzywami i kurczakiem. Oczywiście z wielką ciekawością przyglądają się nam duzi i mali zgromadzeni na placu. Mamy resztki i rzucamy je pieskom. Zajadamy się, na deser po bananie i ruszamy.
Tuż za tą miejscowością kończy się droga asfaltowa i wjeżdżamy na szutry i piachy. I tu dopiero nasi kierowcy pokazują co potrafią. Na asfalcie szło im tak sobie, ale tu już wiemy, że są w swoim żywiole.
Teo, Juan i Lucio będą z nami do końca trasy. Oczywiście po drodze kilka przystanków na eko banio czyli toaleta w krzakach. Potem jeszcze meteoryt i stale dwie godziny do hotelu. Zachód słońca łapie nas w drodze. Nagle zapada ciemna noc, ale tak ciemna, że nie widać nic. Przy kolejnym przystanku wyedukowani przez Carlosa rozpoznajemy na niebie wszystkie gwiazdy. Jesteśmy zmęczeni, to już 10 godzin w samochodzie, a światełek nie widać. Nasz kierowca decyduje się na jakieś skróty, oczywiście nie ma tu żadnych znaków ani drogowskazów wszystko opiera się tylko na wskazówkach ludzi, których spotykamy tu od czasu do czasu. Powątpiewamy czy oby dobrze jedziemy ale wyjścia nie ma, i nie ma też dokąd wracać. Teo uspakaja nas że to już prawie tuż, tuż.
I rzeczywiście po kilku zakrętach pokazują się światełka zwiastujące wioskę a w niej nasz hotel. Podjeżdżamy pod budynek, znak Welcome po drodze poprawia nam humor, choć i tak był bardzo dobry. Bożka i Wacek stworzyli niepowtarzalną listę przebojów, od polskich przez hiszpańskie, włoskie, angielskie, nasz kierowca i przewodnik wyjątkowo umuzykalnienie bawili się dobrze, a hitem wyjazdu zostało Humanity Scorpionsów,
W hotelu prócz nas tylko czwórka Francuzów, udało się im przejechać salar to dobra wiadomość dla nas, bo straszono nas, że jest zbyt wiele wody. Siadamy do kolacji. Pierwszy na trasie hotel z soli na takim odludziu podoba się wszystkim, mamy ciepłe pierzynki i pokoje.
Wspominki, podsumowanie naszej trasy z dzisiaj, wino. Czujemy się dobrze, nikomu nic nie dolega. Mamy nawet zakusy na jutrzejszy wschód słońca.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: