Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Peru i Boliwia 13.04-4.05.2012

Wyjazd z San Juan, przejazd do granicy z Chile, flamingi

23-04-2012

Opuszczamy San Juan dość późno po śniadaniu w schronisku. Wszyscy spali dobrze, pospaliśmy sobie dłużej. Teraz pieszo spacer do ruin starego cmentarzyska i potem kościół w miasteczku, a na sam koniec wizyta w szkole. Tu dzieciaki oblegają Edka i Ewę, mają sporo zabawek, pisaków i przypinek z Myszką Miki. Dzieciaki piszczą z radości i nawet dzwonek nie przerywa im bawienia się z nami. Czas jednak nas pogania. Jedziemy dzisiaj w kierunku granicy z Chile, tu panoszy się wulkan Ollague. Zanim jednak dotrzemy na przystanek przy wulkanie, nasi kierowcy przewożą nas przez kolejny mniejszy salar. Tu sól zmieszana jest razem z piachem. Znowu mamy piękne niebo i zupełnie inne chmurki niż wczoraj. I łut szczęścia bo akurat teraz zbliża się pociąg towarowy, który łączy Boliwię i Chile i przejeżdża tutaj zaledwie dwa razy w tygodniu. Maszynista pozdrawia nas widząc wszystkich ustawionych z aparatami i kamerami.

Dalsza droga równie widowiskowa jak dotychczas, gdzie nie spojrzeć to same skały, kamienie i wspaniałe kontrasty kolorów.
Przystanek na zdjęcia przy wulkanie i jednocześnie postój na obiad. Podgotowane dania pani Daria ma już w bagażniku. Wieje i to bardzo, chowamy się za kamieniami, piasek jednak znajduje dojście do każdej szpary. Zajadamy się i dalsza droga, przed nami zapowiedź kilku lagun z kolorowymi wodami i flamingami. Czekamy na te ptaszyska od samego początku naszego pobytu w Boliwii.
A teraz mamy je na wyciągniecie ręki. Prezentują się bardzo dostojnie. I jest ich tu sporo. Przy kolejnej lagunie mamy nawet mały domek a w nim gorącą kawę i herbatę jesteśmy samiuteńcy, żadnych innych turystów. Przez okno podglądamy flamingi, jesteśmy coraz wyżej, teraz prawie 4500 metrów.
Zanim słońce  zajdzie docieramy do naszego hotelu. Jest zupełnie sam na pustyni, tym razem wyjątkowo nie z soli ale z kamienia. Kwaterujemy się w pokojach i walczymy z wysokością, to najwyżej położony hotel na trasie. Mamy prawie 4800 metrów, oddycha się nam ciężko, zimno, w restauracji duszkiem pijemy herbatę za herbatą by się ogrzać. Do jedzenia zagrzewa nas płyta DVD z lokalnymi tańcami i piosenkami. Rozchodzimy się do pokojów, za nami długi dzień, a jutro kolejny który musimy rozpocząć bardzo wcześnie.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: