Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Namibia 10-27.11.2012

Safari, Zimbabwe, Victoria Falls

24-11-2012

Wstajemy bardzo wcześnie i z wielkimi nadziejami tym razem w samochodach otwartych jedziemy do parku. Musimy się podzielić na dwa samochody. Zwierzaków sporo, już przed wjazdem do parku na ulicy stoją słonie, nie mamy ich dość, choć na pewno to one mają najwięcej zdjęć jak dotąd. W samym parku natrafiamy na dwa lwy. Spacerują ledwo ruszając się bo są tak objedzone. Mają wielkie brzuchy i na pewno nie są nami zainteresowane. Nad wodą krokodyle, hipopotamy, kolejne słonie. Spotykamy także perliczki, mnóstwo krasek. Jest kolejny komunikat przez radio, które kierowcy wożą ze sobą, gonimy do przodu i tym razem piękna lwica. Wyszła na łąkę nad rzekę by się napić wody. Chłepce i chłepce a potem bardzo dostojnie przechodzi obok nas, na centymetry. Widzimy dokładnie, że ma dość świeże rany na pysku i koło uszu. Przez chwilę nawet przytulamy się do siebie kiedy dostojnie kroczy tak blisko, że prawie ociera się o samochód. Leniwie przekracza drogę i układa się w cieniu wielkiego krzaka, pozuje niczym gwiazda sawanny. Odczekujemy chwilę, cieszymy się pięknym widokiem i ruszamy na kawę i herbatę, czas na zdjęcia z flagą, innych grupowych już w ogóle nie robimy. Powoli kończy się czas na pobyt na safari. W drodze do bramy spotykamy te same dwa lwy, które leżą teraz jeszcze bliżej nas, brzuchy mają tak wielkie że nie mogą się nawet wygodnie ułożyć, wielkie cielska ledwo dyszą, zerkają na nas i powoli odwracają głowy. Sapią, obok nich ochłapy z padliny. Była wielka uczta, nasi przewodnicy informują nas, że przed dwoma dniami lwy upolowały wielkiego bawoła. Teraz mają czas na trawienie. Pierwszy samochód odjeżdża, my za nim. Nagle Wacek zatrzymuje kierowcę głośnym stop. Nie możemy wprost uwierzyć o mało co nie ominęlibyśmy najpiękniejszego zakończenia naszego safari. Z krzaków wyłania się małe lamparciątko wraz z mamą. Gosia aż piszczy z radości to było jej marzeniem by zobaczyć lamparta. I teraz w ostatniej chwili mamy aż dwa. Sesja trwa, jesteśmy pierwszym i jedynym samochodem mamy dwójkę tylko dla nas, a zwierzaki jakby wiedziały, że delektujemy się ich obecnością i paradują najpierw po jednej stronie, potem dostojnie przekraczają drogę i są już po drugiej stronie samochodu. Cudo.
Docierają do nas też inne samochody. Lamparty to niewątpliwie uczta dla nas wszystkich.
Bardzo zadowoleni wracamy do hotelu na śniadanie, tematem głównym jest oczywiście lampart.
Czas na nas. Opuszczamy Botswanę i jedziemy do Zimbabwe. Tym razem odprawa dużo szybciej i sprawniej. Udaje się nam bardzo zgrabnie wyjechać z Botswany, granica z Zimbabwe zajmuje trochę więcej czasu ale kończy się sukcesem. Po niespełna godzinie jesteśmy na miejscu.
To już nasze dwa ostatnie noclegi na trasie. Jesteśmy w Victoria Falls, małej przygranicznej miejscowości w Zimbabwe. Najpierw zajmujemy nasze pokoje i wyjmujemy wszystko z naszych samochodów. Kierowcy zamierzają jeszcze dzisiaj wrócić do Namibii. Przed nami pożegnanie. Zanim jednak się rozejdziemy to mamy pamiątkowe zdjęcie, koszulki, a nasi przewodnicy, którzy już od kilku dni obiecywali zaśpiewać coś dla nas niczym Mister Nunda teraz gromkim głosem śpiewają sto lat.
Pojawiają się nawet małe łezki wzruszenia. Czas na plany lokalne. Nie marnując czasu i korzystając z chwilowej poprawy pogody, podobno to z nami przyjechała do Zimbabwe pora deszczowa ruszamy wszyscy nad wodospady. Wody jest dość dużo i teraz będzie jej stale przybywać. Robimy zdjęcia i część z nas wybiera się na most pomiędzy Zimbabwe a Zambią. Zamawiamy także atrakcje na jutro a potem zasiadamy do wspólnej kolacji.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: