Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Kenia i Tanzania 6-18.11.2013

Wulkan Ngorongoro

13-11-2013

Po południu kolejne gepardy i serwal - najmniejszy, ważący tylko 3-4 kilogramy drapieżny kot Afryki - wypatrzeć jest go naprawdę trudno bo cały kryje się w trawie.
I wreszcie trafiliśmy na lwią ucztę: stado składające się z dumnego lwa i około 10 lwic konsumowało właśnie 3 świeżo upolowane bawoły.
Jeden z nich leżał dosłownie na drodze, więc mogliśmy niemal uczestniczyć w ich posiłku.
Wróciliśmy tam następnego dnia rano - uczta jeszcze trwała. Po tym dość drastycznym obrazku parę kilometrów dalej natrafiliśmy na scenkę idylliczną: trzy lwice leżały rozciągnięte na trawie a wokół nich
kręciły się trzy maluszki. Przypadł nam szczególnie do gustu jeden z nich, który przyglądał się nam z uroczą minką, pozując wprost do obiektywów.
Po około 3 godzinach znaleźliśmy się na krawędzi krateru wulkanu Ngorongoro i zjechaliśmy ostro 600 metrów w dół na dno jego krateru. To niemal idealnie płaska równina o powierzchni około 260 km2 (koło o średnicy 19,5km) porośnięta sawanną z jeziorem, o tej porze roku mocno wyschniętym.
Żyzna wulkaniczna ziemia daje obfitość trawy a tym samym stanowi idealne miejsce dla życia olbrzymiej liczby zwierząt i ptaków. Zbocza krateru porośnięte są dżunglą - tu żyją kolejne gatunki.
Najpierw zobaczyliśmy piękne żurawie koroniaste, potem flamingi, olbrzymie stado gnu i oczywiście inne antylopy, zebry i tak dalej.
Południowy posilek zjedliśmy nad pięknym jeziorem, w towarzystwie hipopotamów i afrykańskich kani - małych ptaszków, które oważnie dobierały nam się do kanapek.
A tuż po posiłku - to, na co czekaliśmy od dawna: nosorożec.
To chyba w tej chwili najmocniej przetrzebiony przez kłusowników gatunek: w Ngorongoro żyją tylko 23 sztuki.
Obserwowaliśmy "naszego" nosorożca przez kilkanaście minut z dość sporej odległości, gdy powoli ruszył i niczym się nie przejmując przeszedł przez drogę kilka metrów przed nami. Poczuliśmy się spełnieni - nasze safari nie mogłoby być lepsze.
Ale wieczorem czekała nas jeszcze jedna niespodzianka: zamieszkaliśmy w hotelu na samej krawędzi krateru z niesamowitym wprost widokiem na całe jego wnętrze.
Była pełnia księżyca, więc długo w noc było nam się trudno oderwać od tego widoku. Mieliśmy go także następnego dnia przy śniadaniu.
Aż nie chciało nam się wyjeżdżać, zwłaszcza, że miał to być nasz ostatni dzień w Afryce.
W drodze do Aruszy zatrzymaliśmy się jeszcze na pamiątkową fotkę przy olbrzymich baobabach, w Aruszy zjedliśmy pyszny lunch i przesiedliśmy się z dżipa do autobusiku, który ładną widokową drogą zawiózł nas do Nairobi.
Wszystkim nam było szkoda opuszczać śliczne afrykańskie zwierzaki i przesympatycznych ludzi. Ale przecież można tu przyjechać jeszcze raz, zwłaszcza, że sawanna o każdej porze roku jest inna.
A więc do zobaczenia na tej lub innych trasach!
Maciej Grzegrzółka


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: