Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 26.05.2014 - 08.06.2014

Wizyta u goryli Oruzogo

30-05-2014

Wstajemy bardzo rano, śniadanie, specjalny ekwipunek, lunch na wynos i ruszamy. Tylko nasza czwórka podjęła wyzwanie spotkania z gorylami. Jedziemy do punktu zbiórki. Tu rejestrujemy się, zbieramy swoją grupę, każda musi liczyć maksymalnie 8 osób, a grupy są tylko 3. Nasza na początku ma o jedną osobę za dużo, ale kiedy małżeństwo z Belgii dobrowolnie przystaje na zmianę grupy zostaje nas 7. Dostajemy do wytropienia rodzinę goryli Oruzogo. Liczy 23 osobniki, w tym dwa silverbacki. Nasz przewodnik pokrótce wprowadza nas w tajniki wędrówki i przejeżdżamy na miejsce startu. Tu czekamy i to dość długo na sygnał ze strony naszych tropicieli o miejscu, gdzie akurat znajduje się dzisiaj nasza rodzina goryli. Czekamy dość długo, wreszcie mamy wiadomość, że powinniśmy przesunąć się kawałek wstecz i zacząć wędrówkę. Najpierw droga prowadzi w dół, ku naszej uciesze, jednak szybko radość zamienia się w ogromny wysiłek jaki musimy włożyć, by uważnie schodzić do goryli. To naprawdę wędrówka po nie wytyczonych ścieżkach, las deszczowy, mokre podłoże, bardzo strome stoki, wąsko, runo usypane ze zmurszałych liści, mnóstwo lian, ostre konary i gałęzie, ciemno, ślisko i stromo. Idziemy gęsiego, przewodnik pilnuje tempa wcale nie wolnego.

Sapiemy, dyszymy, co jakiś czas strzepujemy z siebie piasek, korę, resztki podłoża. Jest ciepło, goryli póki co nie ma. Po około półgodzinnej wędrówce w dół słyszymy pomrukiwanie – to dobry znak. Nikt z nas nawet nie myśli, że tę samą drogę trzeba będzie pokonać pod górę. W krzakach przed nami goryla, niestety zajadają gałązki i wcale nie mają ochoty się nam pokazać, obok jest drugi i trzeci. Kiedy nasz przewodnik podchodzi by zacząć wycinać przesiekę by lepiej je zobaczyć rozpoczynają zabawę w berka. Uciekają a my za nimi. Oczywiście co jakiś czas pojawiają się pomiędzy drzewami i krzewami, miga nam kawałek ich sierści, widać wielkie łapy, słychać ich dźwięki. Jednak nie ma mowy o spokojnej obserwacji czy zrobieniu dobrych zdjęć. Gonimy za nimi, a one jak na złość, zamiast pozostać na dole to najpierw czołgają nas znowu na górę, ledwo dyszymy, ścieżki nie ma tu żadnej, przeciskamy się pod konarami drzew, przeskakujemy przez powalone drzewa, ślizgamy po zboczach stoku. Kiedy jesteśmy już dość wysoko, goryle znikają nam z oczu a panowie tropiciele i przewodnik skłaniają się ku zakończeniu naszej przygody. O na to nie ma przyzwolenia, przyjechaliśmy tu by zobaczyć goryle z bliska i bez dyskusji decydujemy się na dalszą wędrówkę w poszukiwaniu całego stada. Nasz przewodnik nie wydaje się być zachwycony takim obrotem sprawy, ale wydaje się że wie dokąd ma nas poprowadzić. My powątpiewamy przedzierając się przez pokrzywy wyższe o kilkadziesiąt centymetrów od nas, a kiedy przyjdzie nam skakać przez strumyk i wyplątywać z gęstych lian, chwilowo mamy dość. Jednak nie na darmo, bo wreszcie nasza rodzinka goryli zmęczona długim gubieniem nas w ostępach leśnych znalazła sobie przytulną polankę i zasiadła do lunchu. Dzięki Bogu!
Oczywiście nie jest tak całkiem jak na talerzu, że widzimy wszystkie zwierzaki bardzo dokładnie, ale jest nadzieja. Oczywiście całe stado goryli upoceni jak szczury my i miejscowi to dopiero raj dla komarów i much. Krąży ich teraz tutaj milion, albo dwa. Są wszędzie, wyjmujemy zapasy naszych spryskiwaczy, polskie mieszają się a amerykańskimi, bo w naszej grupie jest trójka Amerykanów. Przewodnik z tropicielami podchodzą coraz bliżej do goryli wycinając nam ścieżki i umożliwiając lepszy widok. Mamy je jak na dłoni. Raz chyba nawet za blisko bo dość okazały silverback pokazał kto tutaj rządzi idąc wprost na nas. Efekt natychmiastowy. My do odwrotu a on do jedzenia liści i korzonków.
W trawie szalają małe, bawią się huśtając na lianach, samice uwalone pod drzewami zachłannie obrywają całe gałązki i bardzo wprawnie ściągają zębami wszystkie listki. Silverback jak na szefa klanu przystało zajął centralną pozycję na polanie i objada się świeżą zieleniną. Nie wiadomo kiedy minęła godzina z gorylami. Z żalem ale i wielka radością musimy się z nimi pożegnać, przed nami niestety droga powrotna. I tym razem cały czas pod górę, najpierw strumyk, potem ostre podejście, pokrzywy i konary, liany, gałęzie.
Ledwo docieramy do wydeptanej ścieżki gdzie dobrodusznie pozwalają nam na lunch. Wszyscy mokrzy i brudni po uszy wymieniamy pierwsze wrażenia ciesząc się, że się udało.
Nasz kierowca zawozi nas ledwo żywych po certyfikaty ukończenia trekkingu z gorylami. W hotelu dzielimy się wrażeniami, z dwójką która została i pod prysznic, nawet z zimną wodą.
Przy kolacji pokaz zdjęć i przegląd filmików. Wcześniej okraszony także występami dzieciaków z lokalnego sierocińca. Dzięki swojej żywiołowej pani nauczycielce mają repertuar który musi się podobać nie tylko turystom, punktem kulminacyjny jest taniec z gorylami, dzieciaki z maskami przebrane za goryle jedzą gałązki a potem atakują nasze nogi. Komicznie ale wesoło. Prócz zebranych datków starczyło maskotek dla wszystkich, a było pomiędzy kogo dzielić. Radość z kategorii bezcenne.
Zapadamy w głęboki zasłużony sen.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: