Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 26.05.2014 - 08.06.2014

Przejazd w okolice Parku Narodowego Kibale

02-06-2014

Szkoda wyjeżdżać, tym bardziej, że lodża naprawdę piękna i bardzo dobrze się nam tu mieszkało, ale nie wiadomo co czeka na nas dalej. Plan jest taki by na lunch dotrzeć w okolice Parku Narodowego Kibale a popołudniem wytropić szympanse. Ponieważ nie mamy zbyt wiele czasu a droga tu jak zwykle w Ugandzie dość wyboista i szutrowa jest co jechać.
Mimo tego, że kolejnej lodży byłam pewna, bo widziałam ją na zdjęciach, przeczytałam dziesiątki opinii, znalazłam o niej artykuły w prasie brytyjskiej, niemieckiej, australijskiej i turystyczno-podróżniczej to droga i okolice, w którą wjeżdżaliśmy coraz pewniej i głębiej nie napawała wielkimi obietnicami. Ale Afryka potrafi i lubi zaskakiwać dlatego czekałam. A po drodze towarzyszyły nam wioski, takie małe i takie maleńkie, kurne chatki ze słomianym dachem, lepianki z klepiskiem. Przed nimi gromadki bardzo liczne dzieci, mama zawsze z tym najmłodszym przytroczonym do jej pleców. Obok niej te ciut starsze już samodzielnie chodzące.

Na polach urodzaj warzyw i owoców, dojrzałe mango, które mieliśmy okazję spróbować tak po prostu spod drzewa. Pyszne, dojrzałe, słodkie. Jednak najwięcej tu bananów, trwa ich zbiór, rowery objuczone przytroczonymi do kierownicy, siodełka a nawet ramy kiśćmi ledwo suną po gliniastej drodze. Kolejne kiście bananów poukładane przy drodze czekają na swój transport, większość osób zaangażowanych jest w zbiór owoców.
Mijamy po drodze także sporo szkół, w kilku z nich przy otwartych drzwiach i oknach widać dzieciaki w ławkach, w innych akurat przerwa i dzieciaki w swoich kolorowych mundurkach na boisku albo w długiej kolejce z naczynkami czekają na szkolny posiłek.
Nie przez przypadek mundurki szkolne z daleka mienią się bardzo jaskrawymi kolorami, często są odróżnieniem od powycieranych, bardzo już schodzonych i zniszczonych rzeczy, w których nieszkolne dzieci biegają na co dzień.
Na dachu naszego busika mamy jeszcze zapas maskotek, nie damy rady obdzielić całej szkoły, ale napotykamy gromadkę maluchów tuż przy drodze. Bardzo się cieszą, kiedy każde z nich dostanie jakiegoś zwierzaka. Machają nam długo na pożegnanie. A my jedziemy dalej.
Wreszcie wypatruję znak potwierdzający tylko, że jesteśmy na dobrej drodze do naszej lodży. Tu na powitanie nam wychodzi załoga i prowadzi nas na taras z widokiem na jeziorko kraterowe. Nie możemy się napatrzeć, jesteśmy na końcu świata, piękna zieleń, bardzo staranie wypielęgnowana, kwiaty jak w naszych ogródkach tu także zdobią rabaty, obrastają hamaki, ławeczki bujane, podmurówki domków. Właściciel Anglik, od razu kojarzy się nam z Robertem Redfordem, tyle, że w swoich najlepszych latach, bardzo postawny, otwarty i serdeczny wita się z nami, po krótce napomyka o historii tego miejsca, które niegdyś należało do jego dziadka, wielkiego i znanego brytyjskiego plantatora herbaty, potem odebrane przez ugandyjskich polityków zmusiło go do opuszczenia swego wymarzonego miejsca na ziemi, by po latach ojciec a syn dziadka wrócił, odzyskał prawo własności i wybudował przepiękną lodżę. Teraz przyszła kolej na kolejne pokolenia i Aupbray mieszka tutaj od 15 lat doglądając istniejącej nadal plantacji herbaty, którą poszerzył o plantacje wanilii i podejmuje u siebie gości dbając o każdy szczegół. Zapadliśmy się na dobre w miękkich fotelach z widokiem, pomiędzy nami biegają wielkie psy radośnie merdając ogonami.
Pokoje w podobnym stylu, każdy domek z osobnym wejściem i cudnym widokiem. Jemy lunch i ruszamy na tropienie szympansów, trochę nam szkoda takiego miejsca, tym bardziej że kusi zimne białe wino, kawa, basen, widoki, ale jak tu odpuścić szympansy?
Droga jak zwykle wyboista i bardzo dziurawa, po drodze rzeczywiście wypatrujemy wielką plantację herbaty.
Pani przewodniczka z bronią opowiada nam po krótce co czeka na nas w w lesie i ruszamy. Mamy znowu tropicieli, którzy znajdują nam stado szympansów. Mamy szczęście, bo nasi poprzednicy, którzy byli tutaj rano a tajże mieszkają z nami w tej samej lodży widzieli małpy tylko w koronach drzew, my zaczynamy od razu lepiej, bo dorosły szympans jest na ziemi i idzie przed nami.
Widać, że stado szaleje tuż obok, skacze po gałęziach drzew, pokrzykuje bawiąc się z nami w berka. Znowu zaprawieni w boju po gorylach, które przeczołgały nas po lesie, wiemy, że nie ma co odpuszczać i nie spuszczamy małp z oczu idąc dalej i dalej. I warto bo wreszcie zmęczeni przystajemy, szympanse na szczęście też i mamy okazję by popatrzeć i zrobić dobre zdjęcia.
Wracamy do lodży popołudniem, po drodze rozdajemy resztę naszych rzeczy, które przyleciały wraz z nami do Ugandy. Wszystkie znajdują od razu nowe ręce. Widać jak bardzo cieszą się z butów i ubrań, nie obywa się bez przepychanek, bo każdy próbuje ugrać coś dla siebie.
Nas rozczulają dzieci, które wielkimi ciemnymi oczami patrzą na nas.
W lodży zasiadamy przy kawie, a siedzi się nam tak dobrze, że popijamy ją aż do kolacji.
 Tu ta cisza ma inny wymiar, ona musi taka być, wtedy słychać cykady, i ptaki, i żaby. I wieje delikatny wietrzyk. Wszyscy mówimy półgłosem, nikt nie chce zmącić tej magicznej chwili.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: