Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Sri Lanka Sylwester 29.12.2014-11.01.2015

Safari z lampartami

03-01-2015

Dzisiaj mielibyśmy mieć przedpołudnie całkiem wolne, ale pomysłów nam nie brakuje stąd szybko je sobie zagospodarowujemy. Postanawiamy po śniadaniu ruszyć do tutejszej najświętszej świątyni, czynnego centrum pielgrzymów Katharagama. To blisko, w niecałe pół godziny docieramy na miejsce. Już na parkingu widać, że i dzisiaj dotarło tu sporo pielgrzymów. Pierwsze co napotykamy po drodze to stoiska z owocami i koszykami, okazuje się, że każdy pielgrzym powinien ofiarować swoim bóstwom takowy koszyk z siedmioma ściśle ustalonymi owocami, widzimy, że każdy niesie ze sobą takowy kosz, u jednych owoce przykryte są gazetą albo szmatką, bo już poporcjowane, inni dopiero przed wejściem na specjalnie do tego celu przygotowanej ladzie kroją owoce na cząstki, jeszcze inni wnoszą je w całości i dopiero przed głównym ołtarzem będą z owoców ofiarnych wycięte cząstki, które zostaną dla bogów, a pozostałe owoce są do podziału po poświęceniu pomiędzy pielgrzymującymi. Kolejka do ołtarza na kilkadziesiąt minut – na pewno. Nam bez koszyków udaje się skorzystać z bocznego wejścia, nikt nas tu nie przegania, wręcz przeciwnie, widać, że turyści docierają tu z rzadka, korzystamy zatem z przywilejów i obserwujemy cała ceremonie poświęcenia.

Na zewnątrz dzieci, dorośli, starcy, wszyscy przynieśli tu swoje prośby, tym bardziej, że to Nowy Rok. Widzimy całe grupki rodzin siedzące wprost na ziemi i zajadające się owocami, to pierwszy kompleks świątynny, w głębi jest jeszcze druga świątynia, przechodzimy po coraz bardziej rozgrzanym piasku. Tu droga wypełniona jest wieloma atrakcjami, najpierw słonie, przywiązane do palików łańcuchem objadają się do nieprzytomności owocami i to świętymi, a potem ze spokojem czekają aż darczyńca przejdzie aż trzy razy pod ich brzuchem – to przynosi szczęście.

Dalej małpy, które mieszają się z psami i krowami, na brak jedzenia tutaj wcale nie narzekają. I wreszcie przed wejściem do samej świątyni stragany z kwiatami, piękne rozwinięte kwiaty lotosu, pączki lotosu, jaśmin lub inne małe białe kwiatki. To kupuje się na woreczki, a kwiatki na bukieciki.

I nasz przewodnik Buddysta kupuje wiązkę kwiatów i wręcza nam po jednym kwiecie lotosu. Maszerujemy dzielnie do samej stupy, tę obchodzimy dookoła, zostawiając kwiaty przed jednym z posągów Buddy.

Ludzi mnóstwo, przyglądają się nam równie ciekawie jak my im, niektórzy nieśmiało wyciągają telefony i spod rękawa próbują robić nam zdjęcia albo jeszcze lepiej złapać siebie i kawałek nas na wspólnym zdjęciu. Nie maja dość odwagi by poprosić o wspólne zdjęcie, a zaczepiani przez nas wstydliwie chowają głowę.

Wracamy po palącym już piasku, przy pierwszej świątyni bębny i fujarki, poranna pudża, i ofiarowanie kokosów. Wracamy do miasta na mini zakupy. Czas na basen, woda boska, basen piękny, żyć nie umierać.

Popołudniowe safari ma przynieść nam wiele atrakcji, z taką nadzieją ruszamy naszym autem w stronę parku. Trochę nam mina rzednie, gdy na trasie spotykamy kilka, potem kilkanaście samochodów z turystami, którzy tak jak my wybrali najlepszy sezon około świąteczny na zwiedzanie Sri Lanki. Tracimy nadzieję, na samotne a nawet na kameralne safari.

Od wjazdu poruszamy się w korku, mijamy się na lusterka z autami jadącymi z naprzeciwka. Jest tu nas zdecydowanie za dużo, szybko porzucamy nadzieję, na wypatrzenie jakiegokolwiek zwierzaka. Jednak robimy to zbyt szybko… Pawie niewzruszone hałasem i gwarem dumnie kroczą bardzo blisko drogi, i to nie jeden czy dwa, jest ich całkiem sporo. Potem widzimy także sporo ptactwa wodnego. Wreszcie natrafiamy na całkiem spory korek, widać, że niektórzy czekają i stoją tu już trochę, a my ledwo co zaparkowaliśmy wyłączając silnik a tu proszę lampart i to jak, całkiem dobrze widoczny, podniósł się z trawy by przejść całkiem spory kawałek i schować się w krzakach. Czekamy jeszcze trochę walcząc ze zniecierpliwieniem Andrzeja, który nie wierzy, że lampart się pokaże na nowo. I ostatecznie Andrzej ma rację, bo kot zaległ gdzieś w krzakach i już. Jedziemy jednak dalej, ale po kilkunastu metrach robimy kolejny przystanek i tym razem Ela z dala rozpoznaje zarys sylwetki kota. Ponieważ nie mamy pewności, że to nie był ten sam zwierz, przyjęliśmy jednak że widzieliśmy dwa lamparty.

Sporo szczęścia, na dalszej trasie prócz cudnych landszaftów, wody, jeziorek, oceanu i rozłożystych drzew wypatrzyliśmy jelonki, dzikie świnie, żołny, zimorodki, bawoły wodne, warana, dudka.

Zadowoleni z safari ale zmęczeni ilością uczestników wracamy do hotelu, tu dogadzamy sobie kulinarnie przy kolacji.

Suba Raathriyak Wewa! Czyli po prostu dobranoc!


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: