Relacje z podróży ESTA Travel - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 2-17.11.2015

Ruwenzori w deszczu


10-11-2015

Wczesny wyjazd w stronę Parku Ruwenzori. Przy wyjeździe jednak nie odpuszczamy kilku słoniom, jednemu hipciowi i zgrai młodych guźców. Po około dwóch godzinach docieramy do pierwszych znaków prowadzących z głównej trasy pod Ruwenzori.

Na naszej drodze, która niestety zdradza ślady mocnych deszczy ostatnimi czasy napotykamy strażników oraz przewodników, którzy uznawszy, że skończyli pracę, bo dzisiaj nikt nie dotarł do parku wracają do domu. A tu nagle nasza zgraja, i wielka chęć by choć liznąć prawdziwej wspinaczki na górę. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani, najpierw mugga i odstraszacze na komary, potem preparaty na słońce. Jest ciepło, wycieczka zapowiada się bardzo przyjemnie.

Wreszcie z niezbyt zadowolonymi minami pojawiają się nasi opiekunowie. Zapewniają nas, że bardzo im miło nas gościć ale wizja kolejnych 3 godzin z grupką turystów zamiast zakończonego dnia pracy chyba średnio im się równoważy.

My jednak pełni zapału ruszamy na szlak i już po kilkudziesięciu metrach napotykamy pierwsze kolorowe motyle, ptaki a nawet sławnego kameleona. Ten biedak ukryty pomiędzy gęstymi liśćmi ginie nam w słońcu, ale i na to mają radę, bo maczetą podcinają gałązkę i zwierzak zbliża  się do nas.

Trasa wspinaczkowa bardzo urokliwa, przepiękna sceneria, szlak cały czas wzdłuż rzeki, bardzo kolorowe kwiaty, krzewy i drzewa.

Idziemy zgodnym tempem jeden za drugim, co kilkadziesiąt metrów jest przerwa na nowe okazy fauny i flory. Rzeka szmerzy pod nami albo obok nas, pojawiają się strome schodki, podesty, trapy, mostki.

Cały czas pilnie fotografujemy krajobraz, szczyt samej góry tonie w pięknych puchowych przypominających bezy chmurach. Docieramy do punktu, gdzie czeka nas pierwszy duży odpoczynek a stąd tylko zejście na parking. I kiedy tak sobie gaworzymy, robimy zdjęcia, nagle zrywa się porywisty wiatr, z drzew zaczynają się sypać co większe i bardziej żółte liście a potem pierwsze krople deszczu wróżące niestety dłuższą ulewę dudnią o dachę falistą.

Postanawiamy zbić się w kupę i przeczekać deszcz, najpierw nasi pomocnicy przystają ochoczo na ten pomysł i dosiadają się do nas, ale kiedy po kilkunastu minutach nadal leje i ani trochę nie zanosi się na przerwę zaczynają wciągać kurtki przeciwdeszczowe, nakładać kaptury i to jednoznaczny znak dla nas, że także należy szykować się na deszcz. Jest ciepło, ale deszcz przenikliwie wlewa się wszędzie.

Nie ma śladu już po słońcu, pięknych czystych widokach, małe strumyczki po zaledwie kilku minutach zamieniają się w rwące potoczki, ziemia rozmięka się natychmiast i wszędzie pełno jest błota. Nie mamy wyjścia, formujemy szereg i schodzimy. Jakoś naturalnie podzielimy się na trzy grupki i w małych odstępach idziemy na dół. Musimy bardzo uważnie stawiać stopy bo wszędzie teraz jest trochę niebezpiecznie.

Zejście zajmie nam trochę mniej czasu niż wejście, ale i tak musieliśmy zwalniać na mokrych od deszczu i śliskich od liści podestach, schodach i mostach.

Samochody już zaparowane od tych co w środku, udaje się nam poprzebierać na tyle na ile jesteśmy przygotowani. Pierwsze straty to mój aparat, który niestety mimo wodoszczelnego worka jest cały mokry od deszczu, on do suszenia, my też.

Rezygnujemy z lunczu jeszcze pod górą i jedziemy do pierwszego małego miasteczka, gdzie w hotelu o wiele obiecującej nazwie Holiday Inn siadamy na kawie i herbacie oraz rozpakowujemy przygotowane lunche na wynos.

Smakują wybornie.

Posileni i lekko przesuszeni ruszamy dalej, przed nami przejazd przez bardzo żyzną i piękną bo zieloną okolicę. Nasza lodża leży wśród kraterowych jeziorek i za samo położenie może zostać okrzyknięta najpiękniejszą lodzą na świecie, a gdy do tego dodać przestronne chatki ze świecami w środku i tarasem wychodzącym na piękny widok i góry Ruwenzori to czego można chcecie więcej.

Szybko przebieramy się i spotykamy przed kominkiem na tea-time. Jest bardzo nastrojowo, wyjątkowej atmosfery nie psuje nawet 11 par mokrych butów, które suszymy sobie przy ogniu. Wcale nie chce się nam przejść do domków, siedzimy sobie, sączymy kawę, herbatę i nie tylko. A potem kolacja, taka jak z „Pożegnania z Afryką”, jest cicho, zza okien i otwartych drzwi widać piękne czarne niebo i gwiazdy, w tle brzęczy szarańcza i świergolą pojedyncze ptaki, przy nas dwa rosłe psy i uciekający im młody kociak. Obsługa w muszkach i eleganckich strojach podaje nam na srebrnej zastawie przepyszne dania, jedno lepsze od drugiego.

Takiej Afryki nam się chciało, o takiej marzyliśmy, ale chyba nikt tak naprawdę nie wierzył, że taka jeszcze istnieje. A jednak. Jest wyjątkowo i kiedy o 23 rozchodzimy się do pokoi a w świecznikach dogasają świeczki, zapada prawdziwie spokojna afrykańska noc.

Pojechali i napisali: