Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 2-17.11.2015

Szympansy dla nas

14-11-2015

Ruszamy wcześnie tak by złapać pierwszy prom. Idzie nam to bardzo sprawnie, ze względu na niedosyt związany z wodospadami zaczynamy od spaceru na punkt widokowy. Jesteśmy niemalże sami i mamy piękne tęcze tylko dla nas, delikatna i bardzo przyjemna mgiełka omywa nam twarze i zadowoleni tym razem z pełnego obrazu wodospadów jedziemy dalej. Drugi postój to szympansy.

Po gorylach to druga największa atrakcja Ugandy. My wybieramy las w granicach parku, dostajemy dwie panie strażniczki i tropicielki w jednym i ruszamy. Jest przyjemnie, ale duszno i parno, na deszcz się nie zanosi. Dośćc szybko natrafiamy na odchody i przeżute kawałki kory. To dobry znak, jednak znalezione zwierzaki to mama i maleństwo, które jak tylko nas widzą schodzą z drzewa i giną bez śladu w krzakach. Idziemy dalej. Nasłuchujemy i wąchamy, podobno to działa. Nasze panie co jakiś czas zostawiają nas na skrzyżowaniach a same szukają kolejnych śladów małp.

Idziemy kawał drogi do figowca, bo to podobno przysmak szympansów. Z niepokojem patrzymy na zegarki, mijają już 2 godziny a my widzieliśmy dwa zwierzaki ale tylko z daleka, nawet nikt nie zdążył zrobić żadnego zdjęcia. I co teraz? Panie decydują się o zejściu do doliny. Niestety nie ma tu żadnego szlaku, droga jest bardzo stroma i większość z nas zsuwa się z góry. Niestety Jarkowi nie udaje się utrzymać równowagi i nie tylko zsuwa się ze szlaku ale nawet wpada w mokry rów. Sam odnosi obrażenia, otarty łokieć i krwawiąca rana, niestety kolejny już trzeci aparat na tej trasie ląduje w wodzie.

Jedni spieszą z pomocą Jarkowi, w naszych maleńkich plecakach i torebkach mamy cały szpital i całą aptekę. Ofiarnie omywamy ranę Jarka, dezynfekujemy, zaklejamy plastrami, owijamy bandażami. Inni natomiast ratują aparat, wyjmujemy baterie, karty pamięci, jednak ten mokry nie chce w ogóle ruszyć. Kiedy wracamy na szlak i doganiamy nasze czoło, ranni i brudni to po naszej stronie, a szympansów nie ma.

Jesteśmy już trochę zrezygnowani, bo czas ucieka, małp nie widać, i jak pogodzić się z tym, że możemy ich w ogóle nie zobaczyć?

I nagle jedna z naszych pan strażniczek do dzisiaj nie wiemy jakim cudem dostrzega na konarze drzewa, wysoko nad ziemią szympansa. Oczywiście rzucamy się a aparatami zachowując ciszę i spokój, by znowu zbyt szybko nie zszedł w chaszcze. Szympans ma całą sesję, w czasie kiedy my wreszcie zadowoleni delektujemy się objadającym na konarze drzewa szympansem, nasze panie znajdują kolejne małpy. Niestety większość z nich zanim podejdziemy bliżej złazi z drzew i ucieka, ale dzięki dużej wytrwałości natrafiamy na kolejne, które w gałęziach zostają i dają się obserwować. Ostatnia małpę widzimy na ścieżce przed nami, przez chwilę spaceruje, aż wreszcie chowa się w krzakach ale i wtedy jeszcze nam przez chwilę towarzyszy dotrzymując kroku.

Wracamy do aut całkiem brudni i upoceni ale bardzo zadowoleni. Staramy na ile się da obmyć pod kranem nasze buty, by oszczędzić czas lunch jemy jak na wycieczce szkolnej „w autobusie” i jedziemy dalej. Część z nas podsypia wymęczona upałem i wysiłkiem wspinaczki a droga mija bardzo szybko i w samą porę bo o godzinie simby, czyli najlepszej dla zdjęć docieramy do sanktuarium nosorożców. To jedyne miejsce w Ugandzie, poza zoo, gdzie można zobaczyć te zwierzaki. Wyjątkowo z bliska bo nie z samochodu tylko podczas pieszego safari udaje się nam podejść do nich bardzo blisko. Mamy bardzo miłego i uważnego przewodnika, który pokazuje nam zwierzaki opowiadając o każdym z nich, przybliża nam sporo wiadomości dotyczących zwyczajów z życia nosorożców.

Spotykamy aż 6 zwierzaków, które niewzruszone wypasają się na pięknej łące i chciwie zgarniają wielkimi paszczami świeżą zieloniutką trawę.

Czas do odwrotu, zaraz zachód słońca, przed nami długa jeszcze droga, zimne napoje i ruszamy do Jinjy.

Na nic pytania, ile jeszcze. Droga z asfaltowej zamienia się w szutrową, dzień zamienia się z nocą i jedziemy w zupełnych ciemnościach. Do tego sobotnie popołudnie czyli spory ruch w małych wioskach, pojedyncze dyskoteki, otwarte sklepiki i bary, mini knajpki,  przy grillach zrobionych z felg płoną ogniska i smażą się szaszłyki i kolby kukurydzy.

Docieramy do hotelu dobrze po 22. Zanim rozpakujemy nasze auta i zasiądziemy do kolacji robi się prawie 23.

Ciemno, nerwowo i śpiąco.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: