Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Filipiny 19.11-03.12.2015

Walka kogutów

26-11-2015

Wstajemy znowu ciut później bo mamy dzisiaj zwiedzania miasta. Po śniadaniu odbiera nas przewodniczka, która od pierwszych minut wpada nam w oko. Bardzo rzutka, subtelna i delikatna a zarazem szalenie kompetentna Dziewczyna, która z pasją odpowiada nam na nasze pytania. A my korzystając z kilkunastu minut, które spędzimy w busiku przepytujemy Ją na okoliczność ślubów, pogrzebów, zakładania rodziny, urodzin, świąt, i wielu innych tematów. Opowiada nam bardzo ciekawe historie, przeplatając je mijanymi obiektami w samym Cebu.

Nie mylili się Ci, którzy uważali, że w mieście nie ma szczególnie ciekawych obiektów do zwiedzania. Jednak historycznie jest to najważniejsze miasto Filipin, dlatego warto było zobaczyć miejsce dokąd niegdyś dopłynął Magellan, gdzie wbił swój pierwszy krzyż, zobaczyć stary chiński dom kupiecki wraz z właścicielem, w ósmym pokoleniu, dzisiaj akurat czyścił szkło i szklane naczynia, a robi to osobiście nie chcąc powierzyć tak delikatnych naczyń swoim ludziom w obawie, że mogłyby zostać stłuczone.

Potem zaglądamy na lokalny wielki targ, tu jakoś zaskakuje nas bałagan, wszystko na kupie i jedno obok drugiego, bez żadnego ładu tematycznego, owoce i warzywa wymieszane ze sobą, zaraz za tym ryby, a obok kurze  łapki, potem nasiona i posiekane warzywa, taki kolorowy misz masz.

Lunch, jak na nas dość wcześnie, ale Filipińczycy jadają lunch już około 11-12. Zatem i my zasiadamy do stołu, dzisiaj bufet a w nim dania typowe dla Filipin. Jest kilka niespodzianek. Zupa z podrobami i świńskim ryjem oraz krwią z wieprza, ostrygi, gulasz wołowy, siekanina z boczkiem i warzywami, sajgonki z trawą, wodorosty, kruszony lód, próbujemy i w masie różnych dań znajdujemy coś dla siebie.

Po lunchu namierzamy wielka arenę dumnie nazwaną Koloseum, gdzie odbywają się walki kogutów, niestety dzisiaj nic się tu nie dzieje. Przejeżdżamy do fabryki gitar a na koniec w miejsce, gdzie odbyła się sławna bitwa podczas której Magellan godzony strzałą w stopę umiera.

Po drodze nagle nasz kierowca hamuje dość ostro i wskazuje przydrożne zgromadzenie wielu mężczyzn, Jak się okazuje spontanicznie skrzyknięto się tutaj na walki kogutów. Nie trzeba nas pytać dwa razy, oczywiście, że chcemy wysiąść i to obejrzeć. Nasza przewodniczka szybko ściąga identyfikator z szyi i chowa do torebki i idzie z nami zaklinając nas tylko byśmy nie robili zakładów, który kogut wygra. A o to właśnie tutaj chodzi, koguty na rękach u swoich właścicieli przechadzają się dookoła ringu. W samym środku jest dwóch takich, co zaraz będą ze sobą walczyć. Teraz obdziobują sobie głowy i są podjudzani przez swoich panów, za chwilę specjalista przymocuje im do nóg ostrogi, ostre jak brzytwa, na efekty nie trzeba długo czekać. Jednak my staramy się obserwować co będzie się działo, w ręku przyjmującego zakłady coraz większy plik pieniędzy, przekrzykują się dwie strony, najpierw Ci z lewej potem Ci z prawej. Jest coraz głośniej, mimo tego, że panowie uznali naszą obecność nie panują nad emocjami i otwarta przestrzeń, którą nam zrobili by widzieć ring już się zamknęła i teraz nie widać zbyt wiele. Ale ponad ich głowami widać, że koguty już są gotowe do walki. Zostają puszczone na ring i kotłuje się teraz pod nogami. Mężczyźni uskakują na bok robiąc miejsce dla ptaków. Zanim zdążymy się zorientować wszyscy biją brawo. To już? Koniec?

Koniec! Widzimy przegranego, głową w dół ocieka krwią. Nie do wiary, że w ciągu kilkunastu sekund przeciwnikowi udało się zadać mu tak skuteczne razy, że ten nie żyje. Sport nie jest dla nas do końca zrozumiały, ale widać, że tutaj nie tylko że popularny ale i lubiany.

Po tylu wrażeniach wracamy do hotelu, zrobiło się wczesne popołudnie i mamy sporo czasu na leniuchowanie. Jutro promem na Bohol.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: