Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Uganda 2-17.11.2015

Wreszcie u goryli!

07-11-2015

Przed nami dzisiaj wielki dzień – idziemy na goryle. Najpierw jednak wiele próśb do nieba o pogodę, niestety przynajmniej raz dziennie pada a dzisiaj chcielibyśmy żeby akurat nie padało, bo przed nami wspinaczka po i tak trudnych zboczach nieprzeniknionego lasu Bwindi. Budzimy się i z pewnością każdy z ciekawością ale i niepokojem wygląda przez okno by sprawdzić pogodę. Na nasze szczęście i ku naszemu zadowoleniu ściana lasu którą podziwiamy z naszych okien budzi się do życia, a nad nią już pierwsze promyki słońca.

Oddychamy z ulgą przynajmniej start będzie bez deszczu.

Szykujemy się do wyjścia, ponowna kontrola wszystkich niezbędnych rzeczy, śniadanie, lunch na wynos. I jeszcze raz nerwowo upewniamy się, że w plecakach wszystko co najpotrzebniejsze.

Wreszcie gotowi przejeżdżamy do centrum, gdzie zbierają się wszyscy chętni na dzisiejszy spacer. Tłoku nie ma bo liczba pozwoleń wydawanych na wejście do goryli jest ściśle kontrolowana i należy rezerwacje robić z dużym wyprzedzeniem, i wprawdzie mówi się, że w listopadzie mniejszy ruch turystyczny i łatwiej o dobre ceny i możliwość wejścia na szlak z marszu, jednak dementujemy te plotki. Taniej jest ale niewiele, co i tak w sumie kosztuje dużo, a z marszu nikogo nie przyjmują bo listy są pełne.

Nas jest o dwójkę za dużo by móc wejść na szlak w jednej grupie, dlatego Ania i Alina zostają przesunięte do 7 osobowej grupy międzynarodowej. Wyruszamy na szlak, my pieszo, Dziewczyny jadą kawałek samochodem.

Spotkamy się za 5 godzin.

U nas na początku dość mokro, ziemia rozmiękła od nocnego deszczu rozjeżdża się nam pod stopami, mostek, rzeczka, i zaczynamy wspinaczkę pod górę. Na szczęście wydeptana ścieżka i to na tyle szeroka, że idzie się nam całkiem wygodnie, co nie umniejsza jednak naszemu zmęczeniu. Zerkamy na zegarki kontrolując czas ile już się skrobiemy górę. Widoki na wioskę coraz ładniejsze, cały czas czekamy na sygnał od tropicieli, którzy przed dwoma godzinami wyruszyli na zwiady czy namierzyli już zwierzaki. Robimy co kilkadziesiąt metrów postoje by uformować kolumnę i złapać oddech.

Jednak wyczekiwanie na spotkanie z gorylami dodaje nam skrzydeł i ruszamy dzielnie przed siebie. Zaczyna padać, ale póki co to mały deszczyk, las tonie w chmurach, atmosfera wydaje się być bardzo tajemnicza i magiczna.

Z małego deszczu robi się całkiem spory deszcz, ubieramy nasze kurtki, spodnie, ochraniacze, rękawiczki. Dobrze, że szlak wiedzie pod koronami wysokich drzew, które teraz stanowią dla nas naturalną ochronę nad naszymi głowami.

Wreszcie spotykamy na ścieżce dwóch tropicieli którzy potwierdzają dobre wiadomości, rodzinka goryli siedzi i je sobie liście niedaleko stąd. Czyli przed nami najtrudniejszy odcinek trasy, bo z przygotowanej ścieżki musimy wejść w gęsty las, nasz przewodnik toruje nam drogę wycinając umiejętnie maczetą drogę, która jak tylko ją przejdziemy na nowo się zamyka i znika.

Ostatni postój, dostajemy jasne wskazówki co nam wolno, a czego nie, zostawiamy nasze kije, a ja w prześwicie pomiędzy drzewami widzę już pierwszego goryla.

Nasza rodzinka liczy 13 członków i jest pierwszą, którą w Bwindi przystosowano do obcowania z ludźmi, przez chwilę obawiam się obserwując teren, że będzie nam jednak w tym ciemnym gąszczu drzew i bardzo ciasnej plątaninie krzewów trudno wypatrzeć goryle… Nic bardziej mylnego, nasi przewodnicy znakomicie znają swoich podopiecznych, rozpoznają goryle z daleka, każdego przedstawiają nam po imieniu i pozwalają sobie a zarazem nam podejść na na pewno mniej niż regulaminowe 7 metrów.

Ze zdziwieniem patrzymy jak wycinają gałązki i liście, które częściowo zakrywają ciała goryli uniemożliwiając nam jednocześnie zrobienie dobrych zdjęć. Ileż cierpliwości mają te zwierzaki, że wydają się nie zauważać ani nas ani nagłego poruszenia wokół nas. Chyba intuicyjnie dawkują nam emocje, pozwalają się nam zbliżyć na zaledwie 2-4 metrów, pozują, zajadają liście, a kiedy uznają, że dość podziwiania wstają i znikają w tak gęstych gałęziach, że nawet dla naszych przewodników od razu stają się poza zasięgiem. Ale myliłby się ktoś, kto by podejrzewał, że to już koniec oglądania, bo bardzo płynnie jesteśmy kierowani w górę lub w dół a tam już kolejny członek dużej grupy czeka na nas. Najwięcej emocji budzi oczywiście sam silverback, który siedzi sobie pomiędzy krzewami uformowawszy wcześniej niczym gniazdko siedzisko i zajada się liśćmi, siedzi mało korzystnie bo tyłem do nas i z rzadka odkręcą głowę, ale to jak zaprezentuje się nam na koniec i tak czyni go gwiazdą naszego spotkania z gorylami, Zanim jednak on to bardzo wiele czułości i pięknej matczynej troski pokazuje nam gorylica z małym. Najpierw widzimy małe gorylątko, które na czubku krzewu zajda się liśćmi, będąc w bezpiecznej kryjówce przed nami. Robimy zdjęcia i wyczekujemy co stanie się dalej. Nagle pojawia się matka, widzimy jej spory tułów oraz głowę wystające ponad krzew. Kiedy ta coraz dalej sięga po liście nagle mały spada i ostatkami sił zawisa na gałęzi.

I wtedy z pełną czułością i delikatnością matka sięga po niego i przytula do siebie. To piękny moment. Kiedy po sesji z kilkoma innymi gorylami nasi przewodnicy zabierają nas na nowo do silverbacka jesteśmy oniemiali ze szczęścia. Wielki goryl, 19 latek, siedzi sobie na polanie, pod drzewem i objada się liśćmi. Umiejętnie ściągą je z małych gałązek i konarów. Ustawiamy się w półkolu i robimy zdjęcia oraz pasiemy wzrok tą piękną sceną.

Jest cudnie, goryl jest na tyle spokojny, że pozwala nam nawet zrobić sobie indywidualną sesję zdjęciową z nim samym za naszymi plecami. Przewodnicy nie protestują czyli nadal jest bezpiecznie.

Wybija magiczna godzina, to limitowany czas zapewniany każdemu podczas spaceru. Jesteśmy bardzo szczęśliwi i podekscytowani. Było pięknie, goryle to z pewnością największa atrakcja Ugandy i marzenie każdego nas.

Teraz przed nami tylko droga na dół. Jest po deszczu bardzo ślisko i stromo. Powoli ale większość z nas zalicza upadek.

Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Jest ciepło, przysiadamy na ławeczkach w lesie na lunchu. Wszystko smakuje wybornie. Przeglądamy na gorąco pierwsze zdjęcia. Super. Na parkingu spotykamy się z Dziewczynami, które wróciły 15 minut przed nami. Równie zadowolone, ich grupa liczyła nawet 15 członków i siedziała na polanie skąd był na nie piękny widok.

Wszyscy umęczeni, brudni ale zadowoleni wracamy do lodży na odpoczynek i krótką kąpiel. Potem wspólnie jedziemy do miasteczka na małe zakupy. Kończymy to wizytą w lokalnej organizacji zrzeszającej śpiewające i tańczące dzieciaki. Przytupy, piosenki pełne energii i pozytywnej mocy. Rozdajemy przywiezione z Polski prezenty i wracamy na kolację do lodży. Znowu jemy bardzo smacznie i stale rozmawiamy o gorylach. Z pewnością będziemy dzisiaj o nich śnić!


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: