Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Seszele i Madagaskar 16.11-5.12.2016

Big Tsingy zdobyte

25-11-2016

Lało w nocy i to jak. Mogliśmy przekonać się co znaczy pora deszczowa, a taka prawdziwa dopiero się zacznie. Dla nas to niedobre wiadomości, bo mamy problem z naszym kierowcą, który jeszcze wieczorem poinformował mnie, że jak popada to on do Parku Tsingy nie pojedzie bo droga będzie nieprzejezdna.

Okazuje się, że inni kierowcy kilku osób, które podobnie jak my dotarły tutaj z nadzieją na zobaczenie parku też odmawiają wycieczki do parku i koncentrują się tylko na parku małym oraz odwiedzają lokalną wioskę.

A my specjalnie wstaliśmy tak wcześnie by móc ruszyć o świcie przed największym skwarem do parku i wspinać się na skały.

Walczę, szukam innego rozwiązania, nie ma nikogo kto chciałby nas tam zawieźć. Kierowcy odmawiają, jeden, drugi, trzeci, w wiosce jest tylko jedno auto, akurat terenowe, ale dzisiaj ma wykupiony kurs do Morondawy i może być ciężko wynegocjować zmianę planów. Szcześliwie kierowca i właściciel samochodu jest sercem związany z Polską, bo jego narzeczona pochodzi z Polski.

Wcale nie łatwo się nam negocjuje warunki, bo auto już wypakowane osobami, które miały jechać do Morondawy, teraz trzeba im podziękować i zmienić plany. Wreszcie udaje się, choć nie powiem stawka jest bardzo wygórowana, ale cóż nie ma co się zastanawiać czy warto czy nie warto. Nie ma innej opcji. Ruszamy do hotelu, najpierw jednak pan kierowca zwerbowany specjalnie na tę okazję musi posprzątać auto, które ostatnio woziło cement, cegły i sprzęt na budowę.

Jeszcze nasz kierowca melduje nas w kierownictwie parku, kupuje bilety i zabiera ze wsi przewodnika i uprząż.

Ruszamy bardzo mocno spóźnieni. Miała być 6:30 jest już 9:30.

Trzy godziny biegania, szukania, budzenia innych turystów by wreszcie wyruszyć. Zabieramy z hotelu lunch, owoce i wodę i jedziemy do Parku Tsingy. Wpisany na listę UNESCO jest atrakcją północnego Madagaskaru.

Pierwsze wertepy pokonane pomyślnie, wody i błota rzeczywiście sporo. Trzęsie nami na wszystkie strony, rzuca i podrzuca ale twardo jedziemy. Nie poddajemy się zbyt szybko, kierowców też mamy walecznych. Na jednym z takich wertepów, długim błotnym rowie niestety nasze auto się zakopuje. Porykuje teraz charakterystycznie ale ani myśli ruszyć z miejsca. Ani na milimetr. Wysiadamy, a nasi kierowcy i przewodnik obmyślają strategię jak auto ruszyć z błota a jeszcze lepiej zmusić by przejechało dalej. Podkładamy w czynie społecznym gałęzie, konary, trawę, nawet liście palmy.

Nie udaje się za pierwszym razem, ani za drugim i za trzecim też nie. Jednak za którymś podjazdem udaje się nam rozkołysać auto na tyle, że na pusto przejeżdża dalej. To dobra wiadomość do parku jeszcze połowa drogi z prognozowanych 18 kilometrów, albo 16, albo 19. Każdy podawał inną wersję, my finalnie też mieliśmy inny metraż przemierzonych przez nas kilometrów pieszo.

Bo niestety nie udało się dojechać na miejsce pod samą bramę parku. Kierowca był z tych walecznych i próbował, przedzierał się, walczył, ale i on w końcu się poddał.

Musieliśmy spakować swoje rzeczy, zabrać wodę, latarkę, i kalosze, które ciągniemy tutaj z Polski i ruszyliśmy pieszo. Przez pola, łąki, krzaki, wodę, kałuże, błoto.

Daleko, gorąco duszno. Kiedy dotarliśmy do pierwszej bramy parku już mieliśmy dość, a przy drugiej to rozważaliśmy czy w ogóle warto iść dalej.

Zdenerwował nas brak wystarczających zapasów wody, pojawiły się nerwy, nawet nieprzyjemne komentarze.

Jednak ostatecznie napotkana para Niemców, którzy kończyli właśnie spacer po Tsingy zachęciła nas by podejść na sam szczyt. Bożena została przy plecakach rezygnując z ataku szczytowego ale w uprzężach poszliśmy. Po drodze napotkaliśmy dwie sifaki, nas jednak zaangażowało wspinanie się po stromych iglicach tutejszych skał. Ich szary kolor szczególnie ładnie odcina się od zieleni młodych liści pokrywających gęstym dywanem korony większości tutejszych drzew.

Na sam szczyt weszliśmy gęsiego, przypięci linami do rozciągniętych tu lin stalowych.

Samo wejście nie było aż takie trudne i wcale nie takie długie. Poradziliśmy sobie bardzo zgrabnie. Jednak brak wody, upał i zmęczenie dały o sobie znać. Na szczęście nasz miejscowy przewodnik już podczas zejścia zaoferował swą pomoc i przyniesienie wody. Czekaliśmy długo bo prawie godzinę, ale krótko kiedy pomyśleliśmy jaki odcinek drogi musiał pokonać. Ruszyliśmy by dotrzeć do najbliższego źródła a po drodze spotkaliśmy przewodnika z woda. Ta postawiła nas od razu na nogi. Najbardziej spragniony był Adam. Po kilku łykach wody wróciły mu kolory.

Niestety samochód nie przyjechał pod sam Park, ruszył sporo od miejsca gdzie się pożegnaliśmy ale jednak usterka jakiej nabawił się podczas wyjeżdżania z błota nie pozwoliła mu zjechać po wertepach i dziurach pod sam park. Chcąc nie chcąc musieliśmy skrobać się znowu pod górę.

Nie było łatwo. Ale jakże ucieszył nas widok samochodu. Już bez większych problemów dotarliśmy do naszego hotelu.

Nie potrafimy cieszyć się z tego, że byliśmy w Big Tsingy w porze deszczowej tym bardziej, że dotarło tam dzisiaj tylko 10 osób bo zmęczenie przyćmiło wszystko, chwilowo nawet zadowolenie z wycieczki (na szczęście nie u wszystkich).

Mam nadzieję, że jak odeśpimy to pomyślimy o dzisiejszym dniu lepiej.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: