Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Seszele i Madagaskar 16.11-5.12.2016

Lecimy do raju!

17-11-2016

Dwa dni przerwy pomiędzy wyjazdami to nawet dla mnie wyzwanie. Ale się udało, jadę rankiem do Berlina na spotkanie z nową grupą. Tym razem nasza wycieczka zaczyna się od Seszeli, gdzie będziemy po raz pierwszy z ESTĄ a potem Madagaskar. To już powtórka trasy ale pierwszy raz w listopadzie. Spotykamy się na lotnisku. Wszyscy są przed czasem. Ja też, mimo tego, że panowie z parkingu gdzie odstawiałam auto próbowali za wszelką cenę mnie do siebie zniechęcić i popsuć dobry humor. I gdybym nie dzwoniła i nie pytała to nie mogłabym mieć pretensji, ale wiem jak nieprzychylnie traktuje się dodatkowy bagaż, a 6 kartonów wypchanych rzeczami dla Afryki to na pewno dodatkowy bagaż. I kiedy przez telefon zapewniano mnie, że to żaden problem i na pewno ktoś mi pomoże to na miejscu okazało się, że dobra znajomość niemieckiego uratowała mnie przez wysłuchaniem wprost obelg i uwag co do bycia kobietą i Polką. Pan był bezczelny i wulgarny, ale nie spodziewał się że potrafię tupnąć nogą także po niemiecku.

Z grobową mina ale z sześcioma kartonami w bagażniku odstawiono mnie na lotnisko. Baba z wozu, panom lżej. Tu na szczęście trafiłam na „kolorowych” bo takim mianem określają obcokrajowców. I TEN kolorowy, może przypadek, że z Nigerii, pomógł mi bez proszenia się przywieźć wózek i przewieźć kartony na lotnisko. Mam nadzieję, że panom choć trochę zrobiło się nieswoje, bo nie wierzę, że przykro.

Na szczęście to był koniec przykrych zdarzeń tego dnia, potem już wszystko poszło gładko. Bagaże nadane, karty pokładowe wystawione, czas oczekiwania na pierwszy samolot. Przystanek i kolejny lot a potem już tylko prom i jesteśmy na jednej z trzech największych wysp Seszeli czyli Praslin. Już na promie piękne widoki, lazurowa woda, kamieniste wybrzeże, ale kamienie to raczej głazy granitowe, wielkie potężne obłe kamloty, które wystają z wody. W marinie wielki ruch, odbieramy nasze bagaże i jedziemy do hotelu. Jest nas 6 i mamy willę na szczycie wzniesienia, skąd jak się okazuje mamy cudny widok na całą naszą zatokę i ocean. Zajmujemy nasze pokoje i mimo zmęczenia i nieprzespanej nocy mobilizujmy się na lunch a potem na zwiedzanie. Na dzisiaj mamy zaplanowane dwie plaże. Bardzo nam odpowiada formuła self driver, to także eksperyment na trasie ESTY, impreza katalogowa w takim wydaniu okazuje się być trafem w dziesiątkę. Mamy pełna swobodę ruchów, wyborów i dlatego postanawiamy wykorzystać czas i autka. Najpierw jednak Adam, który zasiada za kierownicą drugiego auta, bo pierwsze prowadzę osobiście musi przejść podwójny test. Raz, że ruch lewostronny a dwa to auto w automacie. Jednak postępy widać bardzo szybko, i tak w kolumnie składającej się z dwóch mini autek ruszamy w głąb wyspy. Ta okazuje się niezbyt wielka a i dróg jest tu niewiele i dlatego trafiamy szybko na pierwszą plażę. Ta mimo rekomendacji nie wygląda najlepiej, szczególnie, że widzieliśmy już naszą przynależną do hotelu, która prezentowała się bardzo zachęcająco. Dlatego przystajemy na pomysł Joli, która proponuje przejechać na drugi koniec wyspy żeby zobaczyć zachód słońca.

To był świetny pomysł, bo plaża jest o wiele ciekawsza, z głazami, zachodzące słońce jeszcze dość wysoko, ale zaraz ma być niżej.

Wyczekamy na zachód i po zmierzchu wracamy do hotelu. Jazda po tutejszych drogach dla każdego jest wyzwaniem, wysokie drogi ale bardzo wąskie, nie ma pobocza, czyli asfalt kończy się urwiskiem z każdej strony, poza tym ostre podjazdy i zjazdy i bardzo ostre zakręty. Ale cali wracamy do naszej willi by tu jeszcze chwilę powalczyć ze zmęczeniem na tarasie. Zaczyna padać, ale jaki to przyjemny deszcz: ciepły i taki rzęsisty.

Niestety deszczyk zamienia się w deszcz, a ten w nocy w ulewę i pada i pada, i pada.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: