Zobacz relacje z wyjazdów do Afryki, Azji i Ameryki - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Bhutan 29.03-13.04.2014

Punakha, Thimphu

07-04-2014

Opuszczamy nasz Hotel jadąc dalej. Punakha to miejsce gdzie mamy oglądać najpiękniejszy z dzongów. I rzeczywiście ujmuje i kształtem i dekoracjami, jest inny od pozostałych. Najpierw sesja fotograficzna z daleka, a potem z bliska. Mamy farta, w świątyni tym razem mnisi którzy pod bacznym i srogim okiem nauczyciela uczą się pilnie recytując mantry. Trafiamy akurat na końcówkę lekcji i załapujemy się jeszcze na przerwę na herbatę z masłem. Po chwili zostajemy wyproszeni a inni turyści muszą poczekać, bo tea time jest najważniejszy. W sali obok inni, starsi mnisi mają nawet ciasteczka do herbaty i tez recytują mantry. Piękne to miejsce a dodatkowo wzbogacone o mnichów i ich śpiewy na pewno ma swoisty urok.

Spacerem wybieramy się na most wiszący. Ten w przeciwieństwie do swojego poprzednika, który zwiedzaliśmy jest bardzo solidny. Spacerujemy tam i z powrotem i czas na lunch. Jemy w małej ale bardzo pomysłowej restauracyjce z widokiem na pola ryżowe i domki z fallusami.
Tak, to kolejna osobliwość Bhutanu. Szczególnie w Zachodnim Bhutanie znajdziemy mnóstwo domostw ozdobionych całkiem niemałymi fallusami. Wiele z nich to postacie uskrzydlone, przeobrażone w smoki, mające skrzydła, płomienie, i wiele innych atrybutów. Tu oznaczające pomyślność, płodność i odstraszające złe duchy naprawdę robią wrażenie. Wybieramy się na krótki spacer do klasztoru gdzie poznamy historię fallusów i szalonego Świętego. Tu też każdy z nas zostaje pobłogosławiony przez młodego mnicha fallusem z drewna o imponujących rozmiarach, tak samo okazałym fallusem z kości i łukiem tradycyjnym. Podglądamy lokalesów, którzy licznie odwiedzają to miejsce z różnymi intencjami. To co nam wydaje się dość dziwne jest tutaj miejscem częstych pielgrzymek. Na ołtarzu sporo darów wśród nich napoje gazowane, alkohol, chipsy, owoce…
A przed klasztorem najprawdziwszy mecz w piłkę nożną, jesteśmy bez szans. Mnisi nawet w swoich długich sukienkowatych szatach mają przewagę i to znaczną nad nami. Wysokość nie pozwoliłaby nam pewnie na najmniejszą wygraną.
Ponieważ na naszej trasie szykują się kolejne blokady drogi, wyliczeni z czasem opuszczamy dolinę i zaczynamy piąć się w góry. Idealnie pokonujemy pierwszą blokadę, przy drugiej studiujemy mapę Bhutanu, raczymy się kawą i herbatą oraz zaglądamy do sklepu z rękodziełem. Niestety przełęcz znowu w chmurach i widoku na Himalaje brak. Docieramy do Thimphu popołudniem. Wieczorem wybieramy się na kolację do miasta.
Dzisiaj urodziny Wiesia, jest tort, prezenty i sto lat. Do tego całkiem smaczne i choć trochę odmienne menu. A i wino za osy lub pszczoły. Szybko wybaczamy i całkiem rozbawieni podsumowując udany dzień zapadamy w sen. A za oknem leje. Oby tylko w nocy.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: