Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Mongolia 4-19.09.2017

Eko dywanik pod prysznicem

16-09-2017

Śniadanie przeforsowane na 8:00. Zimno rano, prysznice pozamykane, nie ma co ruszać wcześniej.

Rano jak zwykle małe jajeczko, ciasteczka otoczone w cukrze i ryż na mleku. Czyli wszystko co już znamy i nie ma żadnej niespodzianki. Po wczorajszym dość śmiałym pytaniu naszej gospodyni czy aby na pewno nie mamy ochoty przygotować sobie kolacji samodzielnie, a ona nas tylko wykasuje za produkty, dzisiaj już jesteśmy bardziej ostrożni i to jednak my pozwalamy sobie ugotować posiłek.

Krótkie śniadanie i ruszamy w trasę, przed nami kawał trasy do przejechania, na szczęście asfalt ale droga i tak zajmie nam 7 godzin. Oczywiście z przerwami, najpierw miasto i sklep. Byliśmy tutaj przed dwoma dniami, wiec wiemy gdzie czego należy szukać.

Potem kilka przerw technicznych na toaletę, jedną z nich będzie niespodzianka. To Maciek jako pierwszy przyniósł naręcz lub cała stertę znalezionych pod brzozami grzybów. Nie trzeba było nam dwa razy powtarzać, wszyscy jak jeden mąż ruszyliśmy we wskazanym kierunku na grzyby. Po zaledwie kilkunastu minutach mieliśmy dwie siaty pełne grzybów, zero zrozumienia ze strony Mongołów i mnóstwo pomysłów na to czego nam brakuje by zrobić kopytka z sosem grzybowym.

Po dotarciu do jurty, bo jednak zamieniliśmy noclegi w namiotach tak jak były zaplanowane na domki i jurty jedziemy jeszcze na wulkan. Równie piękny jak pierwszy oglądany przez nas, ten obchodzimy dookoła po linii krateru. Piękny krajobraz, znowu inny bo pojawiły się brzozy.

Nasze obozowisko nie należy z pewnością do najlepszych na trasie, toaleta z dziurą w drzwiach po szyję, pod prysznicem leży świeża skóra po owcy, śmiejemy się, że to dywanik do łazienki, tylko odwrócony do góry nogami.

Z kąpieli nici, toaleta na słowo honoru. Jedzenie trochę się broni. Na kolację zamawiamy makaron, mamy okazję zobaczyć jak panie przygotowują najpierw placki, które układają wprost na podłodze, na łóżku, gdzie wyleguje się też kot. Czasem naprawdę pewnych rzeczy lepiej nie widzieć.

Jednak efekt jest bardzo smaczny. To nie koniec niespodzianek, bo grupa ofiarnie rzuciła się zaraz po powrocie z wulkanu do oczyszczania grzybów znalezionych na postoju. Trochę to trwało, ale pan właściciel podchwycił temat i wyniósł palnik gazowy oraz wielką patelnię i tak powstał gęsty i aromatyczny sos grzybowy.

Na dokładkę spotkaliśmy tutaj grupę Mongołów, niegdyś związaną z Polską,  z bazarem i sprzedażą różnych towarów z Rosji w Polsce. Odrobina polskiego, potem już rosyjski i angielski i w rytm melodii z czterech pancernych, którzy okazują się być tutaj kultowym filmem bawimy się w restauracji.

Gosia i Michał przywieźli ze sobą grę karcianą, która tak podbiła nasze serca, że spędzamy już kolejny wieczór nad kartami. Chcieliśmy wprawdzie by nasz przewodnik nauczył nas grać w kości, to najbardziej popularna gra w Mongolii i widzimy na co dzień, że wszędzie się w nią tutaj gra. Ciekawostką są prawdziwe kostki z nóg owcy lub kozy, które służą jako kości do gry. Są oczywiście różniste opcje tej gry i różne zasady, ale akurat w tym zajeździe kości mongolskich nie ma i musimy grać w swoją grę.

Około 23:00 panowie od wódeczki i stadionu Bema chrząkają delikatnie, że na nas już pora. Zatem przenosimy się do jednego z domków. W nocy nie brakuje przygód. Jurty i domki mongolskie stylizowane na alpejskie zamieniają się w prawdziwą agroturystykę. Najpierw ja i Beata idąc do toalety po omacku bo blisko i prosto niemal wpadamy na coś wielkiego i czarnego. Stado krów weszło pomiędzy jurty i domki.

Nie jesteśmy osamotnione w slalomie pomiędzy zwierzętami i ich kupami. Kolejne historie z krowami już przy śniadaniu następnego dnia. Podobno nieźle przestraszył się Michał, który nocą nie chcąc iść do toalety znalazł ustronne miejsce przy swojej jurcie. I kiedy tak pod osłoną nocy, w blasku lśniących gwiazd załatwiał swoje potrzeby poczuł ciepły oddech na swoich plecach, oddech jak u smoka, kiedy się zreflektował co się święci i zaczął powoli przesuwać się do domku stojący za nim dorodny byk osikał to samo miejsce i ruszył za nim. Na szczęście nie zmieścił się w drzwiach…

Na deser opowieść Asiuni, która mieszkając w domku (z roślinką wyrastająca pomiędzy łóżkami – to nie żart) obudził dziwny dźwięk. Najpierw w półśnie myślała, że to deszcz albo wiatr targa kawałkami blachy. Ale dźwięk nie ustawał i był coraz bardziej wyraźny, jakby ktoś piłował, długie regularne ruchy. Kiedy obudziła Maćka usłyszała tylko: spokojnie, to na pewno kot… Kot okazał się jednak bykiem (być może tym samym co gościł u Michała) a czochrał się o ścianę ich domku powodując przy tym wielki rumor i niezłą demolkę. Na nic dało się odganianie byka, wracał za każdym razem. Aż wreszcie sobie poszedł… Eko Mongolia


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: