Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Mongolia 4-19.09.2017

W starej stolicy Mongolii

11-09-2017

Śniadanie, sute i smaczne. Omlety, dżem prawdziwe masło (prawie). Posileni, wykąpani i wyspani ruszamy dalej. Opuszczamy Gobi. Nasz Przewodnik zapowiadał spektakularne zmiany krajobrazu, droga miała wieść przez góry. Miał rację ale tylko trochę, oczywiście jak na Mongolię to krajobraz zmienił się i to bardzo. Pustynia Gobi ustępuje miejsca stepom, a te zielone ciągną się bezkreśnie po sam horyzont. Zanim na dobre ruszymy na północ znajdujemy miejsce gdzie odkryto niewielkie malowidła naskalne.

Po drodze mamy kilka postojów pośrodku niczego. Jest więcej ptaków, nagle wypatrujemy miejsce, gdzie ujeżdżają konie. Zatrzymujemy się, choć nasi opiekunowie w ogóle nie rozumieją powodu naszego postoju. Przecież to zwykła jurta, zwykłe konie i scena jak co dzień. Ale nie dla nas. Z zaciekawieniem przyglądamy się koniom i ich właścicielom, którzy bardzo wprawnie „łowią” na lasso pojedyncze konie. Inne przywiązane stoją przed jurtą. Gospodarze zaciekawieni nami tak samo jak my nimi wylegają przed chatę by już za chwilę zaprosić nas wszystkich na kumys. Smakuje dużo lepiej niż wczorajszy pity na dyskotece. Przewodnik tłumaczy nam ich prośbę i zapytanie: czy mamy trochę wódki? Tej nie mamy ale znajdujemy sporo rzeczy dla chłopca, który dopiero co na równi z dorosłymi uczestniczył w nagonce na konie.

Przyglądamy się z zainteresowaniem wewnątrz jurty poszczególnym przedmiotom oraz całemu wyposażeniu. Znajdujemy część damską i męską, odkrywamy nabiał, suszący się ser. Z kąta Asia wyjmuje piękne skórzane buty z noskami. Tuż obok reprezentacyjne siodło, widać, że właściciele na koniach się znają i to pewnie dobrze. Odprowadzają nas na pole, potem do samochodów. A my z zazdrością patrzymy na przepiękny widok jaki rozpościera się przed jurtą. Cudnie.

Po kilku zaledwie kilometrach mamy okazję zobaczyć jaki i to z bliska. A potem już pojawiają się kolorowe dachy Karakorum – pierwszej stolicy Mongolii. Regularne posiłki przyzwyczaiły nas do poczucia sytości i dlatego teraz już nerwowo czekamy na obiad. Dzisiaj znowu pysznie choć inaczej aniżeli dotąd, zupa z kurczakiem, baranina i makaron. Ciekawym zjawiskiem na naszej wyprawie jest płynna liczba wegetarian. Takich zdeklarowanych mamy dwójkę, ale jakby przeanalizować każdy dzień to liczba stale ulega zmianom. Zazwyczaj nas przybywa, czasem słusznie a czasem nie. Dzisiaj grupa dzieli się równo na połowę. I każdy jest zadowolony.

Króciusieńka przerwa i ruszamy na zwiedzanie miasta, a choć teraz to tylko małe miasteczko to niegdyś stolica. Zatem zaczynamy od muzeum, które już na wejściu budzi nasze wielkie zainteresowanie gdyż jest tu dostępny darmowy Internet. Po tygodniu przerwy i braku kontaktów ze światem to naprawdę kusząca propozycja by sprawdzić pocztę, zerknąć co słychać na społecznościówkach, ale pani przewodnik pewnie przyzwyczajona do takiego widoku pozostaje niewzruszona i oprowadza nas po wszystkich salach muzeum. Wybudowane tu przez Japończyków jest naprawdę bardzo ciekawie zaprojektowane i przygotowane, a ostatnie znaleziska grobowca z niesamowitymi eksponatami robią na nas wszystkich wielkie wrażenie. Niechętnie opuszczamy budynek by udać się na wzgórze gdzie znajdujemy jednego z czterech żółwi niegdyś wyznaczających zakres miasta. Ciut niżej pomnik penisa a potem wspaniały klasztor, który zaskoczył nas wszystkich i odkrył naprawdę niesamowite tajemnice. Najwspanialszy jak dotąd na naszej trasie.

Na sam koniec w ostatniej czynnej świątyni widzieliśmy na żywo modlących się i medytujących mnichów. Wspaniały widok i niezapomniana melodia.

Przed wejściem do klasztoru bojkotujemy orła kasztanowego zarabiającego pozowaniem do zdjęć. Szukamy miejsca na kawę, ale takiego nie znajdujemy. Nasi kierowcy wywożą nas na wzgórze skąd widać przepiękną panoramę na całe miasto a my już spacerkiem wracamy do obozowiska akurat na kolację. Takiej różnorodności na talerzach jeszcze nie było, jest tofu, mamy kurczaka a nawet wołowinę.

Dzisiaj kolejna nowość na trasie kozy w jurtach. Póki co mowa o piecykach, zamawiamy sobie palenie o 21:00.

W jednych się pali w innych dymi, ale wszędzie jest ciepło. A na zewnątrz zgodnie z zapowiedziami coraz chłodniej. Jutro przed nami pierwsza noc w namiotach. Póki co naszą uwagę zajmuje kolacja przygotowywana przez naszych kierowców z naszym skromnym udziałem ale namioty nas nie miną.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: