Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Przetarcie szlaku w Sudanie 26.02-8.03.2018

Długa droga do Chartum. Oczywiście z przygodami!

06-03-2018

Jeszcze przed wschodem słońca ruszamy pod piramidy. W jedną stronę jedziemy autami. Jesteśmy zupełnie sami. Piękne słońce i wspaniały widok na piramidy. Sesja nie ma końca. Piachu mamy dzisiaj pod dostatkiem, w nocy wiało tak mocno, że zapiaszczone były rankiem nie tylko namioty ale i my, nasze śpiwory, plecaki, torby. Teraz nie jest wcale lepiej nadal wieje. Tuż po wschodzie słońca podjeżdżają dwa kolejne auta, jesteśmy nawet ciut zaskoczeni, że inni turyści tutaj nagle, ale zaraz okazuje się, że to miejscowi archeolodzy. Podchodzimy bliżej, nie lgną do nas. Robią swoje. Przysłuchujemy się przez chwilę, wreszcie mam odwagę by ich zapytać o kilka rzeczy. Niemcy, szef ekipy pracuje w Sudanie od 17 lat, mruczy coś pod nosem, nie jest zbyt rozmowny więc nie ciągniemy na siłę tego jednostronnego wywiadu.

W drodze do naszego obozowiska nie idziemy pieszo skoro wielbłądy układają się nam pod nogami. Szybko dosiadamy naszych wierzchowców i jakże przyjemnie wracamy na miejsce. Tu już gotowe śniadanie, potem ochoczo bierzemy się za składanie namiotów. Wiatr nam nie pomaga.

Po drugiej stronie drogi mamy Miasto Królewskie, tutaj także sporo misji archeologicznych. Miejscowi pracują pod okiem kobiety, do tego szwagierki naszego przewodnika. Hadżidża oprowadza nas po ruinach miasta, z wielką ekscytacja opowiada o odkrywanych przez nich wielkich piecach, w których niegdyś topiono żelazo.

Kiwamy ze zrozumieniem głowami, choć trudno nam to sobie wszystko wyobrazić. Poza tym dziwi nas sposób tutejszych badań, sztab ludzi pracuje po to by po zrobieniu dokładnej dokumentacji fotograficznej zaraz to wszystko jeszcze raz przykryć na kolejne lata piachem. Nie znamy się. Za płotem obejrzeć można ruiny starych łaźni, pałacu i świątyni. Tu także mimo niemiłosiernego upału trwają prace. Do oglądania nie ma zbyt wiele. Szukamy już bardzo zachłannie cienia. Przy bramie kolejny znajomy naszego przewodnika. Tym razem niewidomy mężczyzna z wielka wdzięcznością przyjmuje nasze prezenty, w szczególności ubrania i zabawki dla dzieci.

Długi przejazd do Shandi, tam robimy mały postój i zasiadamy w przydrożnych kafejkach na kawie i herbacie. Pyszna, aromatyczna, bardzo pieprzna. Wokół nas trochę natrętnych dzieciaków. Nie ma się co im dziwić jesteśmy dla nich większą atrakcją niż one dla nas. Mają gumy do żucia na sztuki, dropsy, cukierki na sztuki. Zakupów nie robimy, trochę się z nimi droczymy, przydatne okazują się telefony w których tłumaczymy sobie nasze odpowiedzi z polskiego na arabski. Jest dużo śmiechu, ostatecznie łamią mi serce i tak sięgam do bagażników gdzie mamy jeszcze piłki, buty sportowe. Mohamed, któremu wręczyłam najprawdziwsze korki, na oko lat 8, z zadziorem w oku, płacze szczerymi łzami radości i całuje mnie w rękę. Teraz płaczemy już we dwójkę, a reszta dzieciaków się z nas śmieje.

Mussawarat to kolejne miejsce, które zwiedzamy. To robi na nas wrażenie, jest pięknie. Zachowane reliefy, odbudowana świątynia. Tu dla równowagi spotykamy także pracującą misję archeologiczną, także niemiecka. Ale tym razem jest dużo milej, pani archeolog tuż przed zakończeniem swego pobytu w Sudanie jest dumna z dokonanych odkryć i przeprowadzonych prac, chętnie opowiada i pokazuje nam co jeszcze musi zostać zrobione przed jej wyjazdem, a czasu mało to ludzie uwijają się jak w ukropie.

W tym czasie nasi panowie przygotowują dla nas pyszne jedzonko. Tym razem w plenerze pod drzewem. Bardzo przyjemnie i bardzo smacznie. Po posiłku na komendę Ani składamy kolejne trzy piłkarzyki. Mamy już doświadczenie i idzie nam bardzo sprawnie. Za chwilę gotowi sadowimy się w autach. Ach zapomniałam napisać, że zmieniliśmy nasze plany. Nasz dzisiejszy drugi pod rząd nocleg w namiotach zgodnie zastąpiliśmy decyzją o powrocie do Chartumu. Tym samym wydłużyliśmy sobie przejazd.

Ale podsypiamy trochę, krajobrazy monotonne. Nie ma zbyt wiele atrakcji po drodze. Za to dużo większy ruch bo wjeżdżamy na bardzo zatłoczoną drogę.

Nagle jedno auto staje. Nie mamy benzyny. Musimy zrobić szybką akcję ratunkową, przelewamy z kanistrów na dachu. Cała akcja. Ruszamy. Potem kilkukrotnie zjeżdżamy z trasy w poszukiwaniu paliwa, niestety bezskutecznie.

Program zakładał, że zobaczymy jeszcze 6 kataraktę. Z drogi nie widać Nilu, ale zakładamy, że jest blisko. Szutry, piachy, kurz a my jedziemy i jedziemy. Robi się ciemno. Już właściwie nic nie widać. Efekt końcowy jest taki, że tylko poświata księżyca nad Nilem dowodzi o tym, że przed nami szósta katarakta. W tak pięknym zapewne za dnia miejscu idziemy na siku w krzaki i wracamy. Piach jest już wszędzie, ale nikt nie marudzi, program został zrealizowany.

Za chwilę nasze auto się zatrzymuje – guma. Sprawna akcja i opona jak nowa. Za to brakuje nam dwóch pozostałych samochodów, u nich też awaria woda się gotuje. Nie jest nam dane by dotrzeć do Chartumu na kolację.

Ale nikt nie marudzi, to uroki podróżowania i przecierania szlaku. Wreszcie kiedy wrócimy na asfalt będą jeszcze kolejne postoje, naprzemiennie, gotująca się woda, guma, brak benzyny po raz wtóry, itd. A Chartumu jak nie było tak nie ma.

Wreszcie jest nadzieja, bo z daleka widać łunę świateł, ale jak się okazuje do samego miasta jeszcze kawał. Jednego auta znowu brakuje i nie ma go z nami dość długo. Okazuje się, że kierowca nie miał świateł został zatrzymany przez policję, odebrano mu prawo jazdy - ale czemu? Jedni mówią, że wszczął niepotrzebną dyskusję, inni, że był potulny ale policjant awanturnik. Efekt jest taki, że kierowca ani mruknie, coś tam cały czas szepcze pod nosem i wygląda nie tylko na złego, ale i obrażonego na cały świat.

Nam na wjeździe do miasta po raz drugi poszła opona, znowu wymiana na poboczu. Już nie liczymy czy i ile zapasowych kół mamy. Jedziemy. Tym bardziej, że jest już prawie 22 a my bez kolacji.

Na szczęście nasz przewodnik znajduje i poleca restaurację, do której sami byśmy nie trafili bo nie wygląda jakoś specjalnie, tym bardziej, że w lobby siedzą panowie przed ekranem dopingując europejskie drużyny.

Jednak jedzenie okazuje się fantastyczne, ryba na wiele sposobów podana na wielkich tacach z pysznym chlebem i sosami, oj mocny kandydat do miana najlepszej kolacji na trasie. Zjadamy wszystko głodni jak wilki.

Na koniec jeszcze i my zerkamy na mecz i jedziemy do hotelu. Tu przyszedł czas na pożegnanie z naszymi kierowcami, którzy, a zupełnie byśmy ich o to nie podejrzewali ronią łezkę i tulą nas naprawdę mocno i po przyjacielsku. Dowód na to, że nie tylko nam było z nimi dobrze, ale na odwrót także. A teraz tylko spanie, przedtem jeszcze kąpiel odpiaszczająca.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: