Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Przetarcie szlaku w Sudanie 26.02-8.03.2018

Hotel z basenem

04-03-2018

Rankiem wszyscy sobie oglądamy łydki i ramiona. Nawet jeśli nic nie widać, to i tak mamy wrażenie, że zostaliśmy pogryzieni tej nocy przez pchły. Muszę dodać, że na szczęście dla mnie, Sławek je też widział, u niego były pod łóżkiem.

Jeszcze przed wschodem słońca ruszamy do świętej góry by się na nią wdrapać. Żadne to trudne podejście, ale w obecnych upałach, które trwają tutaj codziennie od ok. 9 aż do 16 to jedyna pora kiedy jest już jasno, a jeszcze rześko. Z góry piękny widok na kompleks Amona i pozostałości grobowców.

Śniadanie zaraz po powrocie. Pakujemy się, musimy znaleźć inne miejsce. Przewodnik i kierowca zabierają mnie na wizję lokalną. Już zza drzwi nie wygląda to dobrze. Przede wszystkim ten sam właściciel, a to cudów nie wróży. I rzeczywiście wewnątrz jest tylko gorzej. Ponieważ nie ma tu płynnego ruchu wśród turystów to i o miejsca dla nich zbytnio się nie dba. Tu także widzę pozostałości ostatniej gościny, zeschnięte połówki po pomarańczach, puste butelki, mnóstwo kurzu i pyłu i te same materace – sienniki co u nas. Mimo zapewnień przewodnika bynajmniej właściciela, że do popołudnia zamówione i opłacone kobiety wysprzątają to miejsce na błysk nie daję się przekonać i szukamy innego godnego zastępstwa.

Jednak by niepotrzebnie nie krążyć najpierw wracamy po grupę, pakujemy się do aut i na auta i ruszamy. Musimy pokonać Nil, a tuż za nim wjeżdżamy na teren wydawać by się mogło jakiegoś rządowego gmachu. Bardzo tu oficjalnie, nawet trochę zielono. Budynki obok siebie, jednakowe, ustawione frontem do chodnika. W jednym z nich okazuje się, że jest HOTEL. Pan manager zaprasza nas do środka na oględziny. Już sam widok czystej śnieżnobiałej pościeli i puchatych białych ręczników jest zachęcający. Nawet nie chcemy sprawdzać czy działa klimatyzacja i lodówka, po kilku dniach na pustyni bez wody i prądu tu kusi wszystko po kolei. Decydujemy się na zamianę jakoś bez zbędnych dyskusji, zapada jednogłośna decyzja. I choć pewnie każdemu z nas marzyłaby się już teraz kąpiel i wypoczynek w miękkim łóżku, to jednak wytrwale i zgodnie z programem jedziemy na zwiedzanie.

Pierwszy postój to spory kompleks klasztorny. Akurat trwają tu prace restauracyjne, głównie polegają na tym, że odmurowuje się tutaj fragmenty całych wielkich ścian, bez nadzoru, rysunków, wytycznych, po prostu taka wesoła twórczość miejscowych. A może to tylko tak wygląda? Nasz przewodnik podpowiada nam, że tutejszy strażnik ma wielodzietną rodzinę, mieszka w domku na pustyni i z pewnością ucieszyłby się z ubrań, dzieci z zabawek i przyborów szkolnych. Zatem po raz kolejny sięgamy do zapasów i suto obdarowujemy dziatwę wraz z ojcem, który widać, że jest nad wyraz zadowolony.

Stąd już niedaleko do Nouri, tu także krótki spacer i zwiedzanie. Na lunch wracamy do miasteczka, dumnie brzmi zapowiedź naszego opiekuna, że dzisiaj jemy na food street. Już mamy przed oczami uliczki rodem z Azji, gdzie roi się od przysmaków gdzie stragan obok straganu ustawione są wspaniałe garkuchnie i parujące dania zachęcają smakiem i zapachem. Co kraj to obyczaj, street food w Karimie to kilka restauracyjek, takich jak dotąd, czyli przypominających raczej ciemne norki aniżeli wykwintne jadłodajnie, ustawionych obok siebie, gdzie podaje się chleb ful czyli fasolę i na koniec herbatę z hibiskusa i kawę z kardamonem.

Widać,że nasi panowie znają się z właścicielem, który bacznie nas obserwuje, a za chwilę już ściska dłonie i serdecznie wita. Mamy obiecaną rybę, są falafele, poza tym tradycyjnie ziemniaczki w w sosie, fasola, sosy do maczania pieczywo. Wszystko bardzo smaczne i świeże. Na koniec zgodnie z tradycją będzie kawa lub herbata.

Teraz posileni, upoceni i zmęczeni wracamy do hotelu. Przed nami wymarzone wolne popołudnie. A plotka donosi, że w hotelu jest basen. I nikt nie brał stroju, niby, bo okazji do pływania nie miało być, a tu proszę kolejka do basenu. Za piękne by było prawdziwe. Basen jest ale … bez wody.

Za to mamy Internet, też coś.

Na sam koniec dnia podjeżdżamy jeszcze pod świętą górę, a tu kryje się cudna komnata jednej ze świątyń. Kolorowa, bardzo bogato zdobiona, niespodzianka na koniec dnia. Stąd pieszo przez ruiny Świątyni Amona idziemy do naszego zapchlonego hotelu, ale tylko na kolację. Gotuje dla nas nasz Omar – Masterchef. Jak obiecał tak i zrobił, są popisowe pizze, nawet smaczne ale i na zamówienie Ani nadziewane warzywa: papryki i pomidory. Oczywiście nam bardziej smakują lokalne dania, ale doceniamy wiedzę Omara i ciągoty do kuchni europejskiej. Już mocno po zmroku wracamy na nocleg do naszego hotelu, a tu impreza i to jaka. Cały ogród zastawiony krzesłami i scena na przedzie. Wyelegantowane dzieci i dorośli, najpierw obstawiamy mylnie wesele, ale potem okazuje się o 21 odbywa się zakończenie przedszkola. Co kraj to obyczaj.


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: