Relacje - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Wakacje w Kostaryce 21.06-8.07.2018

Zwierzyniec na wyciągnięcie ręki

25-06-2018

Koniec ze szpitalem

Olek zdrowieje, wreszcie. Leki zaczynają działać a my śpimy spokojnie. Dzisiaj na śniadanie, zresztą identyczne jak wczoraj dzieciaki już nie idą, wolą bajkę w tym czasie i wybiórczo zamówione dania do łóżka, ponieważ są wakacje to niech im będzie. Najpierw kurs robi Mama, potem Tata i dzieci są szczęśliwe a my znowu głodni… Erica dyskutuje z nami trochę przy stoliku. Nie mamy jednak zbyt wiele czasu bo ruszamy dzisiaj poza naszą niemalże prywatną plażę.

W poszukiwaniu leniwców

Zaledwie kilkanaście kilometrów dzieli nas od Puerto Viejo lubianej i znanej miejscowości od strony karaibskiej. Przejeżdżamy przez miasteczko by o 9:30 stawić się na wcześniej zamówione zwiedzanie ośrodka dla chorych i porzuconych zwierząt. Nie ukrywam, że plan był taki by obejrzeć dzisiaj leniwce, w głowie miałam jeden z pierwszych odcinków „Kobiety na krańcu świata” i historii kobiety, która właśnie tutaj niedaleko opiekuje się leniwcami. I te słodkie zbliżenia na Martynę i leniwce oplatane wokół  Jej szyi. Minęło trochę czasu, zmieniły się zasady, obecnie ośrodek już w pierwszych słowach na swojej stronie informuje o tym, że z przykrością odmawia turystom brania zwierzaków na ręce bo grozi to bardzo poważnymi konsekwencjami, łącznie z utrata zdrowia i życia zwierząt, a ponadto jednorazowy taki spacer to koszt na osobę ponad 130 USD, dzieci połowę z tego. Przy naszej czteroosobowej rodzince wydatek ogromny, zatem jeszcze w Polsce przeczesuję okolicę w poszukiwaniu podobnych miejsc i znajduję jeden z ośrodków utworzonych przed laty przez Włocha. Na miejscu kręci się już spora grupka odwiedzających, wreszcie punktualnie jesteśmy zaproszeni do środka, przydzielony nam zostaje wolontariusz Ben - Holender, który po studiach na weterynarii w Amsterdamie postanowił pobyć kilka miesięcy tutaj by móc pomagać dzikim zwierzakom będąc wolontariuszem.

Niesamowite opowieści

Ben z wielką gracją i taktem oraz wspaniałym angielskim opowiada o swojej historii a potem przechodzi bardzo płynnie do poszczególnych zwierzaków, których historie są bardzo poruszające. Od razu przywodzi mi na myśl odwiedziny w ośrodku dla szympansów w RPA, tutejsze historie jednak częściej niż tam kończą się happyendem. Poza krokodylem i kajmanem, małpami i żabami, ptakami i ocelotem docieramy wreszcie do leniwców. Kto wie, czy to miejsce nie jest nawet atrakcyjniejsze niż to, które zamierzałam odwiedzić wcześniej. W przedszkolu dla leniwców kłębi się kilka zwierzaków, które mają zmyślnie ustawione połączone ze sobą kartony, nad nimi rozpięte liny imitujące naturalne liany, poniżej fragment poduszki i kocyk, a nad nimi pojedyncze deseczki by móc skrobać się w górę i wspinać.

Być mamą dla wyjców

Z niedowierzaniem obserwujemy pracę wolontariuszki Betty siedzącej obok leniwców, przez kilkanaście godzin dziennie siedzi sobie na krześle obok przedszkola obserwując zwierzaki. Jak sama nazwa mówi leniwce nie są nadzwyczaj żwawe ani ruchliwe, wręcz obserwowanie ich może uśpić na stojąco. To z pewnością  jeden  z najbardziej dziwnych zawodów na świecie a kto wie może jeden z zawodów marzeń?

Obok zobaczymy jeszcze sekcję 2 ze starszymi zwierzakami a na sam koniec krótka wizyta u starszyzny leniwców. Naprawdę nieporównywalnie niższa cena, moc informacji merytorycznych przekazanych przez Bena, który jak sam nam powiedział, jest urodzoną gadułą.

Mamy jeszcze jedną kandydatkę do zawodu marzeń, tym razem to Betty i Ann, które siedzą sobie przy małym stoliku, akurat teraz, bo przed chwilą jeszcze miały ławeczkę w ogrodzie, ale właśnie zaczęło padać. Trzymają obie małe zawiniątka na rękach. Okazuje się, że to maleńkie wyjce, przeurocze czarne kłębuszki, którymi opiekują się obie dziewczyny. Małpy zostały porzucone przez mamy i znalezione w dżungli, teraz wolontariusze walczą o ich życie i zwrot naturze.

Małpy nie takie miłe

A propos małp, codziennie rano przed otwarciem ośrodka wszyscy idą z małpami na… spacer. Biorą je sobie oplecione wokół szyi lub na ramionach i wychodzą z nimi do dżungli, by te tam poczuły się jak na wolności, mogły sobie poskakać na wysokich drzewach, posłuchać ptaków, pospacerować. Niektóre z nich nie złażą z opiekunów bojąc się nowości, inne wręcz odwrotnie korzystają ze swobody i rzucają się wręcz ku wolności. Niektóre nie wracają, inne już po kilku godzinach siedzą u wrót ośrodka prosząc o wpuszczenie ich do starych klatek.

Przed nami wielka woliera z czepiakami, małpami uważanymi za bardzo zwinne i sprytne ale nieufne. Mimo to wiele z nich trafia pod dachy domów jako maskotki, niestety kiedy dorastają i uwalniają swój charakter okazuje się, że nie są już miłymi małymi mapkami a stają się szkodnikami i trafiają do takich ośrodków jak ten, albo jeśli mają mniej szczęścia tracą swoje życie. Tu wraz z opiekunem prezentują się nam z bardzo bliska.

Mijamy jeszcze krokodyla i kajmana, potem małego ocelota.

Wizyta w ośrodku była warta przejażdżki. Polecamy.

Jak to jest szukać jedzenia

Czas na lunch, wracamy się do Puerto Viejo, niestety w poniedziałek wszystkie z trzech knajpek, które wynalazłam wcześniej w Internecie i przewodnikach są zamknięte, jedna bo w poniedziałek nie pracuje, inne bo mają przerwę urlopową. Kierują nas do małej knajpki wege na pięterku. Prowadzi ją para, jak się okaże na końcu wizyty to Włosi z okolic Mediolanu podróżujący po świecie, którzy akurat tutaj zatrzymali się na dłużej. Wielkie gryczane pancaki zamówione przez dzieci powalają nas doszczętnie, nie jesteśmy w stanie im sprostać. Kawa, herbata i kakao wyborne. Korzystając z mini cywilizacji idziemy na zakup pamiątek, bo inaczej dzieciaki nie dadzą nam spokoju. A potem wracamy na jedna z tutejszych plaż, co ciekawe nie jestem w stanie dokładnie określić czy byliśmy rzeczywiście na zamierzonej plaży.

Rajska plaża i cudne ary

Znaki wskazywały że to niby Playa Uvita, ale zapytani miejscowi wzruszali ramionami wymieniając co najmniej jeszcze trzy inne nazwy plaż – do wyboru do koloru. Ważne, że plaża była piękna, woda ciepła, my znowu sami.

A na sam koniec dnia jedziemy jeszcze by obejrzeć ary, które tutaj odradzają się w miejscowym ekosystemie  dzięki projektowi przywracania ich naturze. Na specjalnej platformie oglądamy je w  porę ich karmienia i zabaw. A te jakby wiedziały, że są zachwycające, kiedy rozkładają swoje długie barwne skrzydła i szybują nad nami, potem jak na zamówienie przysiadają na konarach wielkich drzew by wspólnie przekrzykiwać się, tańczyć, fikać koziołki. Bonusem zupełnie niespodziewanym są tukany, które choć żyją na wolności zwabione harmidrem papuzim i pewnie zapachem świeżej papai i bananów rozłożonych w specjalnych karmnikach na huśtawkach dołączają do ptasich popisów.

Kolejna wielka frajda obcowania z egzotyczną naturą.

Przed powrotem do naszego hotelu w Puerto Viejo zatrzymujemy się na rybkę. Bardzo dobry wybór. Lucjan jest świeży i bardzo smaczny, a pani kelnerka wie jak dogodzić dzieciom, i tak pierwszy raz zamiast meczy oglądamy my i z nami cała restauracja „Świnkę Peppę”.

Night safari w dżungli

Gonimy do domu, zapada zmierzch i natychmiast robi się ciemno. Choć to był długi dzień i mnóstwo atrakcji to nie koniec na dzisiaj. Mamy jeszcze w planach safari nocne w dżungli. Maciej nie jest chętny, zostaje z Olkiem i rozgrywają mecz na drodze przy Parku Narodowym pod jedyną czynną latarnią. Ja i Basia szybko szykujemy się na safari: kurtki, kalosze, leginsy, latarki i jedziemy z naszym przewodnikiem za wieś. W dżungli wszystko gra, to prawdziwy koncert, a kiedy jest ciemno nic nas nie rozprasza i za namową Jorge skupiamy się na pojedynczych dźwiękach. Szybko uczy nas identyfikować żaby, cykady, nawet żabę bawolą, ma świetny zmysł słuchu i wzroku też, co po raz wypatruje kolejne okazy fauny i flory podświetlając je swoją latarką.

Oczywiście nie mamy nadziei na wielką zwierzynę, ale mamy cały przekrój pająków, żab, ważek, świetlików, ptaków, przy rzece odkrywamy nawet pisklaki siedzące wtulone w siebie na wątłej gałązce. Po chwili i my wyostrzamy słuch, wzrok i węch i także identyfikujemy kolejne okazy. Noc ciemna, sporo gwiazd na niebie. Wspaniałe przeżycie.

Oczywiście nic z zapowiedzi strwożonego Macieja się nie sprawdziło, nie było żadnych jadowitych węży ani złośliwych małp, wycie wyjców słyszeliśmy tylko z daleka, a co jeszcze kryło się za drzewami – tego nie wiemy.

Zmęczone ale bardzo zadowolone zasypiamy niemal natychmiast.

 


Spodobała Ci się ta strona? Udostępnij ją!

Pojechali i napisali: