Relacje z podróży ESTA Travel - ESTA Travel
Biuro Podróży ESTA Poznań

Etiopia 22.09-11.10.2019

Witaj Etiopio!


23-09-2019

Na lotnisku

Obserwujemy procedurę wizowania, opłat wizowych, stempli wjazdowych, potem bagaże i prześwietlanie ich zaraz po przylocie. My mamy kilka godzin przerwy przed lotem na południe i decydujemy się ruszyć do stolicy.

Śniadanie

Zaczynamy od śniadania przy muzeum. Najpierw ostrożnie wybieramy jajecznicę i omlety albo naleśniki. Specjały kuchni etiopskiej zostawiamy sobie na później. Do tego koniecznie tutejsza kawa uchodząca za jedną z najlepszych na świecie i soki — mamy do wyboru papaję albo awokado, oba bardziej przypominają mrożone musy i są przepyszne.

W kawiarni obok odkrywamy starą maszynę do robienia kawy, pachnie cudnie.

Australopithecus afarensis

Będąc tak blisko Lucy, dumy Etiopii, to szkielet wykopany 40 lat temu na terenie Etiopii, potwierdzający istnienie ludzi tutaj już przed ponad 3 milionami lat, idziemy do muzeum. Potem mamy mały postój na placu głównym i znowu na lotnisko, a tu kontrola za kontrolą, najpierw bagaże główne, potem podręczne, i tak w kółko. Jak tylko zasiądziemy w samolocie do Jinki większość z nas niemal natychmiast zapada w głęboki sen. To taka próba oszukania zmęczenia.

Lecimy do Jinki

Międzylądowanie w Arba Minch, potem już Jinka. Zaskakuje nas pogoda, jest bardzo gorąco, niebo jednak przesłonięte chmurami. Chyba nawet padało odrobinę. Oglądamy z zaciekawieniem jak wygląda tutejsza toaleta, niby przynależna do lotniska, a jednak ustawiona w baraku na środku pola. potem mamy jeszcze przed sobą VIP room, ale zamknięty na kłódkę.

Zajmujemy miejsca w jeepach i jedziemy do miasteczka. Nasz nocleg dzisiaj wieczorem to Guest House. Mamy ciepłą wodę i prąd. Jak byłam tu przed 8 laty to musieliśmy nocować w namiotach, bo nie było tu żadnego zaplecza, widać jednak zmiany.

Czas na lunch

Lunch się nam przesunął na 15, jesteśmy już trochę głodni, próbujemy zup, makaronów, a nawet jagnięciny, degustujemy tutejsze piwo, potem musimy jednak ciut zmienić nasze plany, bo muzeum zostało już zamknięte. Zatem kierujemy się kawałek za Jinkę, gdzie zatrzymujemy się bez wcześniejszego umówienia się w małej wiosce plemienia Ari.

Wizyta w wiosce

Na początku nie za bardzo wiemy co i jak nam wolno oraz dokąd iść, żeby coś zobaczyć. Jednak już po chwili pojawiają się koło nas dzieciaki, które rozluźniają atmosferę, tłoczą się wokół nas, a po chwili, każde z nas ma w swojej ręce dłoń malucha i idziemy prowadzeni przez dziecięcą eskortę przez pola i łąki do kolejnych małych chatek. Idealna pora na piękne zdjęcia i podglądanie wieczornego życia w  wiosce.

Woda tylko w studni, prąd dociągnięty do pojedynczych domostw, wszyscy zaczynają się szykować do snu, trwa gorączka wieczorna. Bydło wraca do swoich zagród, panie pieką nad paleniskami indżery na kolację, chatki ze słomianymi dachami całe opatulone dymem widać z daleka. Dzieci towarzyszą nam do końca wizyty, najpierw oglądamy gorzelnię, gdzie powstaje bimber z kukurydzy, potem trafiamy na bardzo kolorowy targ z owocami i warzywami, w końcowej sekcji jest pyłek pszczeli oraz indżera opakowana w liście bananowca. Kręcą się tu przede wszystkim kobiety, które swoich barwnych strojach albo sprzedają, albo kupują. Dzieje się. Nasze dzieciaki stale przy nas, bawią się naszymi blond włosami, oprowadzają wśród rozłożonych na ziemi towarów.

Na sam koniec trafiamy pod strzechę jednej z gospodyń, która akurat szykuje indżerę na kolację, za nią pani pokazuje nam sposób wyrabiania tutejszej porcelany. Widzimy, jak powstaje misa, obok są już gotowe dzbanki. Robi się ciemno, a zaraz i chłodno. Pakujemy się i wracamy do naszych aut.

Teraz chwila przerwy w pokojach i o 8:00 jedziemy do miasteczka na kolację.

Następny dzień

Pojechali i napisali: